Hello darkness, my old friend


Skończyły się wakacje, a wraz z nimi skończyło się wiele innych spraw, które mogłyby trwać i nikt nie miałby nic przeciwko. W tych okolicznościach skończyłem się lenić i muszę was zasypać tekstami, żebyście mogli zakopać się w kocu i poczytać o moim życiu w chłodne, jesienne wieczory. Bo przecież to takie interesujące.

Nie powiem, że wróciłem, bo nigdzie nie odszedłem. Po prostu, jak już wiecie, kiedy nie napiszę niczego wartego zmarnowania paru minut waszego czasu, nie wrzucam tego na bloga. Ok, nawet nie próbowałem. Jedni powiedzą, że to lenistwo, ja powiem, że to szacunek. I jak zwykle w takich sytuacjach, nie dojdziemy do porozumienia, więc pamiętajcie o mojej złotej zasadzie — jeśli nie możesz czegoś zmienić, zostaw to w spokoju.

Jesień to prawdopodobnie najbardziej nieszczęśliwy okres w całym roku, coś jakbyście zmiksowali Wertera z Schopenhauerem. Czyli, kurwa, do bani. Tym bardziej dziś, kiedy obchodzimy światowy dzień zdrowia psychicznego, a większość z nas już dawno postradała zmysły w tej wiecznej depresji. Ogółem ciężko się z tym nie zgodzić, ludzie wybierają nawet specjalne kolekcje jesiennych płyt, przy których przyjemniej wisi się na sznurze. Jeśli pytacie o mojego faworyta do dyndania, jest to Junes – Nie-EP. Bardzo lubię też album KPSN-a – „Pora się wieszać?”, może dlatego, że autor nawet nie próbuje ukryć sugestii i wali nią w łeb w tytule. Szanuję to. Nie wiem czemu, wraz z liśćmi spadają nasze życia, ale życie ma to do siebie, że lubi się spierdolić zaraz po tym, kiedy postawić sobie lampkę na stoliku z Ikei i będziesz myślał, że wszystko już jest w najlepszym porządku. Mniej więcej tak się teraz czuję, po paru miesiącach od zrzucenia angielskich kajdan, kiedy już sam nie wiem, czy jednak wolałem uciekać stąd, czy stamtąd. To znaczy, jeszcze parę miesięcy temu wiedziałem, ale dziś stolik leży do góry nogami, a szkło z lampki kaleczy mi stopy porozrzucane po pokoju. Chaos podobno jest dobry, bo jest lepiej zorganizowany niż porządek. To chyba z Pratchetta. Cóż, trzeba to wierzyć, bo to o wiele bardziej optymistyczna wizja niż koniec. Gdyby świat kończył się za każdym razem, kiedy o tym mówiono, ziemia z naszych mogił byłaby już przetrzepana po uderzeniach kolejnych asteroid, niczym dupa emerytowanej prostytutki. Dlatego wciąż, stojąc w tym szkle, wśród powywracanych mebli i porozbijanych doniczek, kretyńsko się uśmiecham.

Najgorsze w zaczynaniu wszystkiego od początku, jest wracanie na właściwy tor. To, że wszystko się spierdoli, wiedziałeś już przecież od dawna – taka kolej życia. Mimo to ciężko po prostu machnąć ręką, kiedy po skrupulatnym ułożeniu sobie swojego prywatnego lego-zamku, wszystkie klocki znów rozsypały się po podłodze. Ciężko jest tak po prostu otworzyć kopnięciem drzwi i krzyknąć guess who’s back bitches. Dlatego, zanim wrócisz do punktu wyjścia, przechodzisz okres przejściowy, w którym bezradnie patrzysz, jak świat Ci ucieka, ale nie zupełnie nie masz ochoty go gonić. Niech sobie spierdala. Nie pomaga również świadomość tego, że mając dwadzieścia lat, masz jeszcze przynajmniej trzy razy tyle przed sobą. Tak, z jednej strony daje to nadzieje, że jeszcze sporo jest do zrobienia, ale z drugiej, dobrze wiesz, że jeszcze nie raz będziesz gapił się w sufit, nucąc hello darkness my old friend. Po prostu ciężko sobie pomyśleć — ok, postaram się. Właśnie dlatego matma ssie. Jeśli byłeś na tyle uważny na matematyce, by policzyć prawdopodobieństwo zdarzeń na podstawie tego, ile razy coś wydarzyło się dotychczas, wiesz, w jak ciemnej jesteś dupie. Czasami, żeby sobie poprawić humor i dodać wiary, myślę o tym, ile razy Kossak spieprzył linie podczas malowania Panoramy Racławickiej. Jak często wyjeżdżał z farbkami poza kontur? Jak często się wkurwiał, kiedy ktoś go zaczepił i przeciągnął? Albo jak często wypadał mu pędzelek? Myślę, że Kossakowi rozpieprzyło się w życiu znacznie więcej stolików z Ikei, niż nam wszystkim razem wziętym.

Skoro jednak mu się udało, nie warto zakładać, że jesteśmy na straconej pozycji. Ok, w danej chwili nie mam swojej wymarzonej pracy w redakcji, którą chciałem mieć chwilę po powrocie do kraju. Nie mam nikogo, kto przeszkadzałby mi obejrzeć kolejny odcinek serialu na Netflixie. Wszystko wydaje mi się kompletnie pozbawione sensu, nawet nie chce mi się przerobić paru rozdziałów angielskiego, żeby w spokoju skończyć studia i wytrącić argument „brak wyższego wykształcenia” z mojego CV, który podobno mocno wadzi w uprawianiu sztuki redaktorskiej. Może jednak lepiej jest mi tutaj, w zaułku internetu, zwanym niszowymi blogami? Siedzę sam w pustym pokoju, zupełnie jakbym wciąż był 3000 kilometrów stąd. Przez jakiś czas był ze mną kot, który jednak nie potrafi żyć ze mną w symbiozie, o czym poświadczył, dwukrotnie sikając mi na łóżko. Moje łóżko to rzecz święta, nawet ja nie odważyłem się na nie nasikać, więc na razie Pirlo i ja jesteśmy w separacji. Nawet kot wyjechał do mamusi, jakie to znamienne.

Mam dwadzieścia lat i oczy pełne zwątpienia. Nie dlatego, że nie chce mi się już próbować, tylko dlatego, że nie wiem, czy w ogóle się to opłaca. Kiedy nie akceptujesz przeciętności, musisz nauczyć się bycia cierpliwym. Za szybko się wkurwiam. Potrzebuję czegoś, co da mi nadzieję na odwrócenie losów spotkania. Bramki kontaktowej, która doda skrzydeł. Nie widzę jej jednak na horyzoncie, więc robię to, co robiłem zawsze, kiedy nic więcej mi nie pozostawało. Siadam i stukam w klawiaturę. To też forma ucieczki. Nie do Anglii, nie do Polski, po prostu od tego świata. Znajoma ostatnio powiedziała mi, że zazdrości mi odwagi, żeby wybrać siebie i akceptacji samotności. Nie wiem, czy faktycznie tak zrobiłem, czy po prostu, powtórzę się, ale trudno: nie mogę niczego zmienić, więc zostawiłem to w spokoju. Nalewam sobie whisky i podążam za słowami Bukowskiego. On i internetowy edytor tekstów, pozostają jedynymi wiernymi towarzyszami, nawet podczas jesiennej depresji.

Writing

often it is the only
thing
between you and
impossibility.
no drink,
no woman’s love,
no wealth
can

match it.

Charles Bukowski

Rzeczywistość znów chce mnie rozszarpać i obedrzeć ze skóry i chociaż walka z nią coraz bardziej mnie męczy, niż bawi, nadszedł czas, by ponownie podnieść rękawice, schronić się za gardą i spytać jej, czy chce mi dowalić. No dawaj. Tylko spróbuj.

 

Nie próbuję na nowo żyć, tak odchodzą dni, przemawia przeze mnie kryzys osobowości…

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Hello darkness, my old friend

  1. Polecam „Sea of sorrow” zespołu Get Your Gun. Chociaż nie wiem, czy akceptujesz takie „alternatywne smęty”.
    Polecam po prostu iść na edytorstwo, czasami Cię nawet czegoś nauczą i zniknie wpis o braku studiów. A potem nieco łatwiej złapać pracę w wydawnictwie uniwersyteckim, i co z tego że składają tam książki w wordzie, zawsze to jakieś wydawnictwo, co nie?
    Nie wiem, mi pomaga, bo lubię te studia. I bardzo lubię jesień. Żeby mieć dobrą jesień wystarczy mieć zrypane lato, ulubione studia i Star Treka na Netflixie.

    Polubione przez 1 osoba

    • Sprawdzę kawałek, ja wszystko przetrawię. Oprócz country. Jestem na kierunku językowym, ogółem moje studia są okej. Kwestia tego, żeby znaleźc do nich motywację i cierpliwość. Mam Netflixa, nie oglądam Star Treka. Już znam swój problem. 😦

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s