Rudość, nie radość


 

Ostatnimi czasy mam dziwne uczucie bycia prześladowanym przez rudość. Rdzawy kolor atakuje mnie dosłownie z każdej strony, a mnie brakuje pomysłów, jak się przed nim bronić… Dlatego postanowiłem się tym nie przejmować, bo w końcu gniew rudzi, to znaczy rodzi, przemoc. Uwaga! Post zawiera spory procent rudości. I jeszcze większy procent ironii.


Jeśli czytacie mnie regularnie bądź odwiedzacie mój fanpejdż — O TUTEJ — to wiecie, że zawsze chciałem mieć kota. Jeśli nie, to już wiecie, że zawsze chciałem mieć kota. W zasadzie to miałem już dwa koty — Puszek zostawił mi bliznę na dłoni, ledwie już widoczną, bo gruba, czarno-biała bestia odeszła z tego świata chyba jeszcze przed moją komunią. Kolejnym kotem był urodzony łowca, bezduszny morderca — Milek. Milus, zwykły dachowiec, z pewnością kochał łapać myszy. No, chyba że babcia miała akurat pod ręką cokolwiek innego do jedzenia. Czyli zawsze. Cóż, pożytku z niego wielkiego nie było, ale jednak z sentymentem przypominam sobie, jak przeszkadzał mi w kopaniu piłki o ścianę, bo akurat tam, akurat na trasie jej lotu, było idealne miejsce do leżenia. Za każdym razem. Mimo że koty były „moje”, to mieszkały u mojej babci, a dokładniej w komórce lub w kotłowni, więc nie do końca o to mi chodziło. Dlatego też od dawna męczyłem rodziców o kota domowego. Takiego, który będzie sobie siedział u mnie w pokoju i łagodził moją złość na rzeczywistość, cały świat lub cokolwiek, co akurat popsuje mi nastrój. Moja mama była jednak stanowcza…

– Mamo, chciałbym mieć kota.
– Nie.
– Mamo, ale ja się czuje samotny.
– To sobie znajdź dziewczynę.

… ja jednak byłem cwańszy. Co prawda zajęło mi to trzy lata, ale w końcu wytrąciłem jedyny argument mamuśki z ręki (nie myśl, że to tylko dla kota, kochanie!) i temat posiadania miauczącego futrzaka wrócił. Misja była szeroko zakrojona, a ja wykorzystałem sprzyjające okoliczności. Odkąd dziadek (ze strony mamy) sprowadził sobie koty, moja rodzicielka nie przepuszcza okazji do pogłaskania/pomiziania/pocokolwiek ich przy każdej wizycie. Takie kocie szkraby, jednego nawet uwieczniłem.

Okej, kontynuując. Wykorzystałem więc zauroczenie mamy, a nieoczekiwanie opowiadając o ładnych angielskich kotach, zainteresowałem tematem tatę. Zainteresowałem w zasadzie czym innym. Mój tatko, jako majsterkowicz z zamiłowania, oczami wyobraźni zobaczył jaki domek może zbudować dla siersciucha. Cóż, przyznam, że nie przewidziałem takiego rozwoju wydarzeń, ale skoro miało to zwiększyć moje szanse, nie marudziłem. Kiedy już tak wszystko układało się po mojej myśli, mamuśka zaskoczyła. Weźmiemy kota. Rudego.

Nosz cholera, biednemu to zawsze wiatr w oczy. W tym miejscu muszę przeprosić wszystkie rude kociaki, po prostu nie jesteście w moich oczach atrakcyjne, a mój wymarzony miauczak ma czarną sierść i niestety nie ma na niej ani jednego, nawet małego miejsca na rudość. Na razie mogę was jedynie prosić o trzymanie za mnie kciuków w mojej walce o kolor kota i niezgłaszanie mnie na policję jako kotorasisty. Ach, no i tak, od tamtego wydarzenia zaczęło się moje prześladowanie…

Jakiś czas temu rudość zaatakowała z politycznej strony. To znaczy, niedawno zaczęła się kampania promująca powrót gadziny do naszego polskiego łez padołu. Kim jest gadzina? Podobnie jak ja — emigrantem. Hmm, w sumie też zarobkowym. Tyle że ja siedzę w angielskiej piekarni, a on w belgijskim parlamencie. Kiedy już tak cieszyłem się na powrót do kraju, gruchnęła do mnie wiadomość o rzekomym powrocie gadziny i stwierdziłem ze smutkiem, że jak tak dalej pójdzie, to ledwie się rozpakuję, a gadzina znowu wygoni nas z kraju. Podobno jednak część ludzi czeka na jego po trzech dniach zmartwychwstanie, wjazd na białym koniu, kolejny skok na nasze kieszenie, więc okej. W końcu większość ma rację? Prawda? Przyznam jednak, że gadzina jest równie sprytna, co ja w sprawie kota. Wyjechał sobie z kraju, poczekał, aż wy siwieje (dla pewności dał sobie jeszcze kilka lat) i wróci, jak gdyby nigdy nic, licząc, że każdy zapomniał o kolorze jego czupryny. Gadzino moja droga, nic z tego. Choćbyś był siwy jak gołąb, choćbyś był szarszy od Gandalfa, dusza Twoja rudą pozostanie. Na wieki wieków, amen. Mimo wszystko nie dziwię mu się. Wiecie, w Polsce lepsze boiska, Orliki, można sobie poharatać w gałę…

 

 

No i ten Putin, trochę straszny…

 

Pozostaje jednak mieć nadzieję, że zamiast tego…

5jnzpgzd

…zobaczymy mniej więcej to.

Donald Tusk Robert Kraus Mariusz Haraf
Zostając w wątku siwiejących rudych, w kwietniu będąc w Polsce, spotkałem starych znajomych, no i jak to ze starymi znajomymi, ze mną się nie napijesz? Tak się składa, że wśród nich jest jeden ryży młodzieniec, w dodatku wegetarianin, więc jak sami widzicie, koleś musi mieć duży dystans do siebie, żeby w ogóle przesiadywać z mięsożernymi szydercami i pić z nimi alkohol, jeśli oczywiście wiecie, jaki klimat towarzyszy spożywaniu trunków wszelakich na działce. Nasz rudzielec z pewnością nie wstydzi się swoich włosów, bo czuprynę ma raczej w stylu The Beatles niż Pitbulla. Rozmowa w pewnym momencie zeszła na temat zakoli i łysienia (zmora każdego faceta, na sam dźwięk słowa „łysienie” macam się po głowie z przerażeniem w oczach), więc każdy z nas starał się przekonać pozostałych, że jemu to nie grozi. Nie inaczej postąpił nasz rdzawy kolega.

– Mnie to łysienie w ogóle nie grozi, ja nawet nie osiwieje — stwierdził z przekonaniem i uśmiechem na ustach.
– No tak, tak, bo, jak skaza, to już na całe życie — szybko zgasiłem jego entuzjazm.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że kumpel potrafi się odegrać. Kwiecień w Polsce przywitał mnie zimnem, totalną piździawą po prostu i już nawet flaszka nie potrafiła nas rozgrzać, mimo gorącej atmosfery. W takich okolicznościach padł więc pomysł rozpalenia ogniska.

– Dobra, ale jak napalimy i tak będziemy siedzieć i patrzeć w ten ogień, to zaraz nam się kiełbasy zachce…
– Komu się zachce, temu się zachce… – tym razem to nasz wegeziomek skutecznie zgasił zbrodnicze zapędy towarzystwa.

Wiecie, co jest jednak dziwniejsze? Mieszkając w północnej Anglii, ojczyźnie rdzawych jegomości, poznałem mniej rudych niż w Polsce. Patrząc na tę mapę…

rudomapa

the guardian

… i różnicę pomiędzy naszymi krajami, czuję się, jakbym trafił na paczkę parówek, w których jest więcej mięsa niż w kiełbasie (sorry wegeziomku!). Właściwie to poznałem jednego rudego, ale nie wiem, czy mogę go w ogóle podciągnąć pod kategorię czerwonowłosych. Rzeczony jegomość pracuje bowiem w elektrowni jądrowej i nie wiadomo, czy już taki się urodził, czy go napromieniowało. A pamiętając, jakie wymyślał historie, strzelam, że niczym Obelix (notabene — też rudy! To nie może być zbieg okoliczności) wpadł do jakiegoś reaktora. No, ale o tym napiszę już w książce. Tymczasem zostawiam was z jedynym rudzielcem, którego zapraszają na każdą imprezę.

Wait for me to come home…

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Rudość, nie radość

  1. Tyle tej rudości, tyle związanej z niej negatywności. Nie bez powodu wzięło się porzekadło, że co rude to i fałszywe (vide „nasz” Kaczor D.!). I jak to dobrze mieć czarniutkiego (co ciekawe, od połowy włosa) kota. 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. No nie, w Polsce akurat moje miasto znajduje się w plamie zwiększonego występowania rudych. To może wyjaśnić osobliwy kolor włosów faceta mojej siostry… Któremu też żyć nie daję. Aczkolwiek co jak co, rude dziewczyny są piękne, a rudego kota miałam i miał o wiele milszy charakter niż koty czarne, nazywane „tojflami” ze względu na diabelnie pochodzenie i charakterek. Czarne koty zawsze mają w sobie coś ze smoły, a jak smoła to i siarka, i wchodzimy na niebezpieczne tereny…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s