Zapiski z ostatniej ławki


Każdy z nas miał w klasie osoby, które miały „kosę” z nauczycielami. Podobno każdy też uwielbiał tych ludzi, bo dzięki nim zawsze było, z czego się pośmiać. Nie wiem, czy byłem aż tak wielbiony, ale jak każdy typowy przedstawiciel niepokornych miałem swoje zatargi i patrząc na nie z obecnej perspektywy, mam ochotę zaśpiewać jak Krzysztof Krawczyk: nie żałuję nic.

Nie żałuję nic, nawet jeśli często miałem pod górkę i nawet jeśli przez to jeszcze częściej słyszałem znienawidzone przeze mnie słowa: stać Cię na więcej. Być może właśnie przez to, że „na więcej” stać mnie było przeważnie na przedmiotach humanistycznych, dziś najgorzej wspominam polonistki. Być może nie ma to jednak głębszego znaczenia ani drugiego dna, bo moje nauczycielki języka polskiego swoją osobą potrafiły zdefiniować pojęcie tragedii znacznie dokładniej, niż wyjaśniały je słowniki. Wśród znienawidzonych przeze mnie sloganów bardzo wysoko znajduje się powiedzenie „nie jesteś mądrzejszy od nauczyciela”. Rodzice bardzo często wykorzystywali je, żeby pouczać swoje dzieci, a nauczycielom tak to weszło w krew, że chyba sami zaczęli wierzyć w swoją półboskość i często nie pozwalali nawet na wymianę poglądów z uczniami. Problem pojawiał się jednak wtedy, kiedy to nie młodzież podważała autorytet nauczyciela, a kiedy robili to sami zainteresowani. Nie ma bowiem nic gorszego niż trwać w swoim zadufaniu, pomimo braku kompetencji. A cóż my, biedny, uciśniony, naród studencki w samym środku burzy hormonów mogliśmy z tym zrobić? Teksańską masakrę piłą mechaniczną.

Takie właśnie były moje polonistki. Polonistki, które prześladowały mnie również powtarzaniem, że stać mnie na więcej. Zdając sobie sprawę z własnych możliwości, pisałem zawsze po swojemu, bo skoro stać mnie na więcej, to znaczy, że ma być inaczej i lepiej. Za każdym razem pisałem więc inaczej i lepiej, a później dostawałem gongi w postaci czwórek ze wspomnianym dopiskiem. I chociaż większość z was przyjęłaby pewnie czwórkę z wypracowania z pocałowaniem ręki, dla mnie „stać Cię na więcej” przestało być motywacją, stając się symbolem wiecznej niesprawiedliwości. Za każdym razem widząc swoją ocenę, odczytywałem ją jako: 5-1 za talent. Raz jeden tylko napisałem, zdaniem mojej nauczycielki, rozprawkę idealną. Wtedy, w gimnazjum, jako jeden z najbardziej „leniwych zdolnych” i jeden z największych rozrabiaków, pierwszy raz poczułem zadowolenie z końcowego rezultatu. Później jednak wszystko wróciło do starego, sprawdzonego „więcej” i chociaż zawsze chorowałem na przerost ambicji, nie potrafiłem się zmotywować do napisania „dla nich”. Potrafiłem za to pisać dla siebie i ludzi, którzy to doceniali, dlatego już w gimnazjum wylądowałem w internetowej redakcji. Zacząłem pisać o sporcie i wreszcie czułem spełnienie, chociaż dzis, gdy patrzę na ponad setkę tekstów o futbolu, które napisałem i czytam pierwsze z nich, sam nie dowierzam, że mnie przyjęli. Moje życie toczyło się więc dwoma rytmami — w jednym byłem nienasyconym wiedzy podglądaczem dziennikarzy, w drugim uczniem, któremu przestało się chcieć. Moje polonistki skutecznie zabiły we mnie chęć sprostania szkolnym wymaganiom, chociaż z drugiej nieoczekiwanie pchnęły mnie w stronę osobistego rozwoju. Mimo wszystko wciąż zastanawiam się, czy kiedykolwiek dostały połowę wypłaty, słysząc, że przecież mogły postarać się bardziej. A uwierzcie mi, że jeśli ich zarobki zależałyby od zaangażowania, to budżet domowy należałoby dość poważnie zmodyfikować.

Obserwowałem środowisko nauczycieli, które totalnie mnie żenowało. Ludzi, którzy narzekali na swoją pracę i przychodzili do niej, wyglądając tak, że sam kontakt wzrokowy de motywował Cię do zdobycia jakiegokolwiek wykształcenia. Nie mówię oczywiście o wszystkich, jednak zawsze dziwiło mnie, że można nie lubić pracy, którą się wybrało. Nie mówię tu o tym, żeby kochać dwunastogodzinną harówkę w piekarni, ale o zawodzie, który wykonuje się po skończeniu odpowiednich studiów, po przejściu długiej drogi, którą wybiera się z jakiegoś powodu. Najczęściej z powodu fascynacji danym kierunkiem. Tymczasem Ci ludzie, w tym również moje polonistki, wyglądali jak skazańcy. Nie potrafili wzbudzić szacunku ani zmotywować nas do nauki. Tak, zmotywować, bo w mojej ocenie nauczyciel powinien przede wszystkim zachęcać, nie uczyć. My natomiast zastanawialiśmy się, co tacy ludzie robią w tym zawodzie. A najgorsze jest to, że oni (one) prawdopodobnie zastanawiały się nad tym razem z nami. Chociaż nie wiem, czy w tym wszystkim ważniejszy nie jest jednak szacunek. Umówmy się — pracując z nastolatkami, nie możesz pozwolić sobie na chwilę słabości, bo jeśli raz wejdą Ci na głowę, to już tam zostaną. My rzecz jasna bezdusznie wykorzystaliśmy dobroć, albo raczej naiwność, nauczycielek i chociaż z perspektywy czasu brzmię jak podły, wyrachowany szkolny skurwiel, to przecież każdy w tym wieku zrobiłby to samo, bo nie myśleliśmy nigdy o konsekwencjach, ani o słuszności. Wybacz, świecie, młodzież to bardzo egoistyczna grupa społeczna, a sama z siebie nie ugotuje sobie nawet parówek na kolacje. Dlatego, tym bardziej w szkole, trzeba nas umiejętnie kopać w cztery litery.

Najbardziej bolał mnie ten właśnie widok. Ludzi, którzy mają okazję wykonywać pracę marzeń, a mimo to nie są z niej zadowoleni. Marudzą. Ciężko. No wiadomo, że ciężko, ale przynajmniej robisz to, czego chciałeś. Nie musisz obsługiwać kapryśnych klientów w weekendy w knajpach, więc do cholery ciesz się ze swojego sukcesu. Ale nie tylko radość z życia jak u Wertera od Goethego, była problemem moich polonistek. W gimnazjum uczyłem się z książki. Nie, nie to, że wkuwałem wszystko strona po stronie. Po prostu nasza nauczycielka opierała lekcje na dodatku od wydawnictwa. Rozumiem potrzebę trzymania się programu, ale naszą monotonią stało się wysłuchiwanie przez 45 minut dukania wprost z podręcznika dla nauczycieli. Zero inwencji twórczej. Zero kreatywności. Zabawy językowej, urozmaicenia. Nawet tematy na wypracowania rzucała z propozycji programowych. szok? Jestem więcej niż pewny, że podobne doświadczenia mogliby opisać ludzie z całej Polski. Dlatego nie żałuję gimnazjów. Cieszę się, że ludzie tacy, jak moja polonistka, będą musieli przekonać do siebie potencjalnego nowego pracodawcę. No bo, skoro od nas wymaga się „wypowiedzi swoimi słowami”, a nie wykutych definicji, to może warto zadbać o to samo po drugiej stronie? O dyskusję, ciekawostki i spostrzeżenia, zamiast czytania z kartki, bo to potrafiłby zrobić każdy z nas, nawet w gimnazjum.

W liceum spotkałem z kolei totalny miks. Cos jakbyś wziął kebaba z baraniną, kurczakiem, sosem łagodnym i ostrym naraz. Polonistka, która była całkiem okej, miała znacznie większą wiedzę niż tak zwana nauczycielka z gimnazjum. Mimo to nie potrafiła przekazać tej wiedzy, wzbudzić zainteresowania, dała sobie wejść na głowę, no i z całej nauki była, cytując klasyk: chuj, dupa i kamieni kupa. Przez całe liceum olewaliśmy czytanie książek. Na rozszerzonym polskim. Jak zdaliśmy do kolejnych klas? W końcu zaczęliśmy oglądać na lekcjach streszczenia, żeby w ogóle realizować program. Nie, nie byliśmy małymi dziećmi, którym trzeba wmuszać parę stron lektury, jak znienawidzone brokuły. Brakowało nam po prostu logiki. Brakowało zainteresowania całością tematu. Pokazania, że nawet najdurniejsza z pozoru książka, może nam się przydać i warto to przeczytać. Mieliśmy za to pełno streszczeń w internecie, okraszonych komentarzami „nie czytajcie tego gówna, łapcie co najważniejsze na sprawdziany”. No i znów — wybacz świecie. My, młodzież, jesteśmy zbyt podatni na tego typu wskazówki, żeby zastanowić się, czy faktycznie wyjdzie nam to na dobre.

Żeby jednak nie było tylko negatywnie — w czasach nieco prehistorycznych z dzisiejszego punktu widzenia (podstawówka), miałem więcej szczęścia. Pierwsze tajemnice języka polskiego przekazywała mi, niemal legendarna już, pani Jola. Pani Jola miała wszystko to, czego w tekście wyżej wymagam od nauczyciela. Wiedzę, pasję, umiejętność zainteresowania i zmotywowania do pracy, a także ogromny autorytet. Ten autorytet braliśmy, co prawda jeszcze jako dzieciaki, bardzo na poważnie. Dlatego zawsze bawi mnie wspomnienie jednej, jedynej sytuacji, w której go nie okazałem. I tu chyba muszę wycofać się z cytatu zaczerpniętego na wstępie od Krzysztofa Krawczyka.

Z Panią Jolą wiąże się historia mojego pierwszego (chyba) porządnego ochrzanu. No bo przecież polski możesz uwielbiać, ale niepokornego charakteru w kieszeń nie schowasz. Pani Jola mieszkała całkiem niedaleko mnie, jak to w małych szkołach na wsiach bywa, wszyscy się znają. Tym bardziej naiwnie wierzyłem, że cokolwiek ujdzie mi na sucho. Pracę polonistki łączyła z pracą w szkolnej bibliotece, a my, jak to współczesne dzieciaki, nazywaliśmy ją po prostu „bibliotekarka”, dajmy na to, żeby nie zdradzać nazwisk, „bibliotekarka Kowalczykowa”. No, więc kiedy tak mówiłem o „bibliotekarce Kowalczykowej”, Pani Jola stała sobie obok i słuchała, ale ochrzan, jaki dostałem w szkole, to nic, a przecież w domu i tak bym się nie przyznał. Nie musiałem. Pani Jola przyznała się za mnie. Pewnego dnia drałując gdzieś dziarsko z mamuśką, minęła nas, jadąc na rowerku i spytała, czy „synek się w domu pochwalił”.

„Kurwa, mam przejebane” – pomyślałbym teraz. „Kurcze, będzie bolała dupa” – mój młodociany umysł znalazł zamienniki, dla nieznanej mi jeszcze tak dogłębnie łaciny podwórkowej. Lingwista od małego.

Tak, lingwistę bolało. A Panią Jolę zabrali nam w szóstej klasie i przestaliśmy się uczyć. Nie, nie dlatego, że jej następczyni nie była aż tak dobra. Jednak kiedy atrakcyjna blondynka, świeżo po studiach, przychodzi uczyć chłopców z szóstej klasy, ciężko skupić się na materiale do przerobienia. A przynajmniej nie na przerobieniu związanym ze zagłębianiem się w lektury. Nawet jeśli nasza nowa polonistka potrafiła przykuć uwagę, to chyba w nieco inny sposób, niż to sobie wyobrażała. A co my sobie wyobrażaliśmy, lepiej pominąć milczeniem…

Z tego miejsca pozdrawiam wszystkie moje polonistki. Jednakowo. Bo nawet najgorsze doświadczenia czegoś nas uczą.

Siedzimy na ostatniej ławce, pokazujemy palcem, z czego się śmiać, a co brać na poważnie.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Zapiski z ostatniej ławki

  1. Sama miałam odwrotnie… No wiesz, córka nauczycielki, najlepsza w klasie, dobrze znałam środowisko nauczycieli, a że stoikiem jestem od urodzenia, to właśnie ci ludzie z ostatnich ławek wkurzali mnie najbardziej – wiecznie musieli pyskować nauczycielom i mieli problemy z całym światem. Ja uczyłam się sama i zwisało mi, czy nauczycielka jest dobra i zła – sytuację na lekcjach psuła klasa, zajmując cenny czas i przesycając wszystko oparami nienawiści, plotek i narzekań.
    Dzisiaj patrzę na to inaczej, szczególnie gdy porównam sobie np. moją – pożal się Boże – fizyczkę z gimnazjum i doskonałego fizyka z liceum, przez którego prawie zmieniłam profil na mat-fiz. gdybym spotkała go wcześniej może właśnie studiowałabym astronomię 😉 Za to moje doskonałe polonistki piękne pozwalały mi na rozwijanie pasji i pewności siebie na zajęciach, teraz też to doceniam. Więc i na mnie nauczyciele mieli wpływ…
    Dlaczego czasami nie są zadowoleni z nauczycielstwa? Studiuję z młodymi nauczycielami i widzę różne rzeczy, które mogą być powodami. Nauczycielstwo jest bardzo asekuracyjne, szczególnie gdy studiujesz polonistykę, ono najlepiej łączy pasję i możliwość znalezienia pracy. Często robimy pedagogikę tak „na wszelki wypadek” a potem okazuje się, że ten wszelki wypadek to całe nasze życie… To trochę rozczarowuje, ale poloniści też muszą jakoś zarabiać, nie każdy zostanie profesorem i badaczem.
    Po drugie, nauczycielstwo to misja. Nawet ja czasami myślę o tym, ilu głupich ludzi chodzi po świecie, i jak można by ich ślicznie wykształcić. Nie każdy zdaje sobie sprawę, że nie ma do nauczycielstwa predyspozycji, więc w poczuciu misji idzie do szkoły i zwyczajnie sobie nie radzi.
    Każdy nauczyciel chyba ma moment załamania, gdy uświadamia sobie, jak ciężka i mało dająca jest to praca. Moja mama mawia, że w pewnym czasie trzeba odkryć w sobie sukę, bo jak próbujesz być miłym nauczycielem, nie będą mieli dla ciebie litości. Nie każdy ma taki charakter, żeby tak się zmienić.
    A pieniądze są psie, rodzice piszą na ciebie anonimy, dzieciaki przekonują cię, że świat zmierza ku zagładzie, po kilkunastu latach prawie nie możesz mówić, a musisz przepracować prawie 50 lat. Nigdy nie dziwiłam się, że nauczyciele dziwaczeją albo poddają się i uczą źle. Raczej zwróciłabym uwagę na zmianę systemu, wyższe zarobki dla nich, lepszy program studiów, większą elitarność tego zawodu – chociaż podejrzewam, że to marzenia ściętej głowy 😛

    Polubione przez 1 osoba

    • No powiem Ci swietnie wyjasnione! U mnie problem polegał na tym, że poznałem naprawdę fajnych nauczycieli, głównie w podstawówce, którzy mocno zaciekawili mnie nauką w ogóle, dlatego później częsciej towarzyszyło mi rozczarowanie, kiedy w kolejnej szkole ktos nie spełniał moich oczekiwań. Mój charakter chłopaka z ostatniej ławki też pewnie w tym nie pomagał, ale cóż. W wielu przypadkach mam po prostu wrażenie, że Ci ludzie mogli wycisnąć z nas i z siebie więcej, a zadowalali się minimum, dlatego i my nie mielismy ochoty na więcej. Najbardziej ceniłem takich, którzy potrafili do mnie dotrzeć, a przy okazji pozwalali mieć swoje zdanie, nawet głupie i kontrowersyjne, ale jesli dopuszczali je do dyskusji to było okej. Dlatego np. ostatnio odwiedziłem moją historyczkę z liceum i chyba sama była w szoku, że tyle zapamiętałem z jej lekcji, chociaż większosc mojej klasy miała o niej słabą opinię. Chociaż też w liceum zmieniłem trochę podejscie do niektórych spraw, na historii rozbawiałem ludzi nie tyle pyskówką, co np. wrzucając w tle prezentacji hymn Zsrr, który ryknął z głosników po kliknięciu w fotkę towarzysza Stalina, więc akurat ta Pani może mieć po mnie nieco bardziej pozytywne wrażenie – z wzajemnoscią. 🙂

      Lubię to

  2. Całe szczęście, że zawsze trafiałam na fajne polonistki. Nigdy nie miałam problemów z językiem polskim. Dopiero w liceum gorzej szły mi wszelkie wypracowania. Nie wiem, jaki jest powód. Może dlatego, że wszystko musiało być „pod klucz”, jestem drugim rocznikiem tego nowego systemu, kiedy weszły gimnazja i teksty pisane pod ustalony klucz.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s