Owocowa opowieść o wojnie


Jeśli miałbym wybrać najgłupsze zdanie, jakie usłyszałem w życiu, to mocnym kandydatem do wygranej byłoby „idziemy do kina na gruziński film”. Usłyszałem je jakieś dwa lata temu, parsknąłem śmiechem, ale poszedłem, bo ogółem to nie mam nic ciekawszego do roboty w życiu. Poszedłem, zachwyciłem się i teraz mówię wam: obejrzyjcie ten gruziński film.


Nie oszukujmy się, Gruzja jest państwem zajmującym wysokie miejsce na liście krajów w które mamy głęboko w dupie (nie wiem czemu, po angielsku brzmi to schludniej: a country we don’t give a shit about). Trochę niżej niż Albania, ale wyprzedza Zambię i Papuę Nową Gwineę. Właśnie dlatego na wieść o wyjściu na gruziński film zareagowałem śmiechem. No sorry, nie wiedziałem, że w Gruzji mają telewizory, a co dopiero przemysł filmowy. Bądźmy szczerzy — większość z nas nie zna ani jednej gruzińskiej rzeki, góry, pustyni, zabytku, a ponad połowa nie wie pewnie, co jest stolicą Gruzji. Tymczasem oni kręcą dramat wojenny. I idą z nim po pewne zwycięstwo na gali Oscarów. To znaczy, szli, bo przegrali z… polską Idą. W życiu bywa bowiem tak, że możesz nakręcić naprawdę wielkie arcydzieło, ale zawsze wyskoczy Ci jakaś historia o żydach, która zepchnie Cię z należnego piedestału. A szkoda, bo, stwierdzam to z bólem, Gruzini jednym filmem pobili cały dorobek polskiego kina wojennego.

Żeby uściślić, mówimy o filmie Mandarynki. Tak, po prostu Mandarynki. Oczywiście nie jestem recenzentem, a to nie jest recenzja. Gdybym był znawcą kina, to opowiadałbym w Heliosie o karierze Lembita Ulfsaka, który gra w nim główną rolę. Ale nie mam pojęcia, kim on jest. W każdym razie Lembit razem z załogą przenoszą nas do roku 1992 roku, do Abchazji. Dla nieświadomych jest to państwo, które istnieje tylko teoretycznie, bo jest w nim chuj, dupa i kamieni kupa kraina w Gruzji, która z jednej strony jest państwem, a z drugiej strony nie. Całe zamieszanie wynika właśnie z wydarzeń roku 1992 i 1993, kiedy na terytorium Abchazji trwała wojna, jedna z wielu w tym niezbyt stabilnym regionie. Po jednej stronie Gruzini, po drugiej prawdziwe multikulti. Czeczeni, Rosjanie, Abchazowie (?) i inne narody, których tym bardziej nie potrafię zapisać poprawnie, więc sobie daruję. Gruzini przegrali, ale niepodległość Abchazji uznaje tylko kilka państw, czyli sytuacja jest, delikatnie rzecz ujmując nierozwiązywalna. Okej, to tak w skrócie zanudziłem was sytuacją polityczną, więc rozruszam was fotką córki granego przez Lembita Ivo, której fotką (a raczej urodą uwiecznioną na fotce) zachwyca się jeden z bohaterów.


Ann-Heliin to dziwne imię, fakt. Być może dlatego, że Ann-Heliin jest Estonką. W ogóle twórcy filmu wykręcili jeszcze większy narodowy miszmasz niż zbieranina walcząca za wolną Abchazję, bo chociaż tak właściwie obsadę można zamknąć w czterech osobach (plus kilka naprawdę epizodycznych ról, naprawdę KILKA i naprawdę EPIZODYCZNYCH) to na ekranie widzimy dwóch Estończyków, Gruzina i Czeczena. Wszystko to ma jednak swój cel i finalnie wygląda dobrze. Wiecie zresztą, jaki mam stosunek do multikulti, a jeśli nie wiecie, to pewnie się teraz domyślacie, więc fakt, że doceniam film zahaczający o taki temat, mówi sam za siebie.

Zresztą skoro już o zahaczeniach, to ciężko w ogóle sklasyfikować te Mandarynki. Nie jest to film wojenny. Nie ma w nim bohaterskich Amerykanów broniących czołgu w trójkę przed milionem wrogów. Ani wybuchów. Ani efektów specjalnych, zapachu napalmu o poranku (Czas Apokalipsy, nawet nie mówcie, że nie znacie). Wojna jest po części tłem dla historii, bo przez nią właśnie dwóch Estończyków zostało gdzieś w dalekiej gruzińskiej wiosce bez żadnego towarzystwa. Reszta wyjechała, bo bała się tego, co nastąpi. Oni zostali, bo przywiązali się do swojego życia i sadów mandarynek. Po części jest też jednak głównym wątkiem splatającym losy bohaterów, którzy w końcu trafili na siebie podczas walk. Więcej wam o tym nie powiem, bo nie jestem psuj i nie będę wam psuł seansu odkrywaniem wątków. Wracając do problemów z przypisaniem Mandarynek do konkretnej kategorii…

Jest to z pewnością dramat. Dramat samotności dwóch Estończyków, dramat samotności żołnierzy wysłanych w góry, bez pewności powrotu. Dramat relacji międzyludzkich i wiele innych dramatów, które wyłapiecie sami. Jest to z pewnością film mądry, może nawet filozoficzny, bo niesie ze sobą ważny, dosadny przekaz i skłania widza do ruszenia głową, poszerzenia horyzontów, a nawet wejścia w opowiadaną historię i w skórę jej bohaterów. Przy tym brakuje w nim denerwujących sentencji, czy też wymądrzania się. Jest za to wspaniały kontrast charakterów i ich złożoności, naturalności i… zwyczajności. Dzięki temu łatwiej nam wczuć się w tę opowieść dlatego zepnę to w całość i nazwę po prostu kinem szczerym i prawdziwym. Zgodzę się również z autorką recenzji Zakładnicy Wojny, która w przeciwieństwie do mnie mówi wam tylko o filmie, więc jeśli jeszcze was nie przekonałem, wiecie gdzie doczytać.

Niskobudżetowe, wielkie kino? Ambitny obraz, z bardzo skromną oprawą? Owocowa, spokojna, opowieść o wojnie? Na dodatek rodem z Gruzji? Nie, już się nie śmieje, kiedy słyszę o gruzińskim kinie. Od razu przychodzą mi na myśl Mandarynki i uśmiecham się, chociaż nie jest to historia radosna i szczęśliwa. Uśmiecham się, bo cieszy mnie, że wciąż można trafiać na takie perełki i nie tracić wiary w sztukę filmową. Nawet taką, która pochodzi z zakątków świata, o których nie mamy zielonego pojęcia.

Aha, jest jeszcze takie piękne przygrywanie jakiegoś gitarko podobnego instrumentu w tym soundtracku, że czujesz tę Gruzję wszystkimi zmysłami.

Ps. Osoba widoczna na zdjęciu do tekstu to były minister obrony narodowej Gruzji. Tak, żeby było tematycznie.

Reklamy

15 uwag do wpisu “Owocowa opowieść o wojnie

  1. Czasem pójście na film, ot tak po prostu, bez planu i przeczytania recenzji jest bardzo ciekawym doświadczeniem, szczególnie kiedy idziesz na film niszowy lub po prostu mniej znany. Miałam ostatnio podobne doświadczenie ze ,,Służącą”, która mnie zachwyciła, a nie przepadam za kinem azjatyckim.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Eee, o Gruzji Polacy chyba więcej wiedza, niż o Albanii (chyba, że mówimy tu o Gangu Albanii) – do Gruzji wyjeżdża co drugi mój znajomy i mówią, że wszędzie Polacy! 😀

    Oscarowa kategoria filmów nieanglojęzycznych to dobry sposób na odkrywanie filmów innych przemysłów filmowych, a nie ciągle tylko USA i UK. Dlatego też ostatnio widziałam film włoski, czeski i niemiecki, co doprawiłam skandynawskim serialem, o! 😀

    #teamDisqus

    Polubione przez 1 osoba

  3. Nie jestem przekonana, czy film przypadłby mi do gustu, bo nie lubię kina wojennego. Jednak z doświadczenia wiem, że każdy kraj może nakręcić coś ciekawego i to wcale nie zależy od budżetu, efektów, czy promocji filmów w tym kraju.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s