Plan kolejnej niedzieli [OPOWIADANIE]


Pamiętam, jak kiedyś nienawidziłem niedziel. Najnudniejszy dzień tygodnia, w którym leczysz kaca, leżysz na kanapie i zastanawiasz się nad sensem istnienia. Zastanawiasz się nad tym, kto układa ramówki telewizyjne, że zawsze potrafi wcisnąć w nie najnudniejsze programy. Akurat w ten dzień. Akurat, kiedy liczyłeś, że obejrzysz coś ciekawego. Cos inspirującego. Cholera jasna, cokolwiek, byle nie to, co oglądasz teraz. A czas ciągnie się niemiłosiernie, minuta po minucie, sekunda po sekundzie…

Tak, kiedyś nienawidziłem niedziel — pomyślałem, patrząc, jak przechodzisz z pokoju do kuchni. Uśmiechnąłem się pod nosem. Kiedyś wiele rzeczy było inaczej. Spojrzałaś na mnie przez krótką chwilę i wtedy, nie wiem czemu, wydawało mi się, że pomyślałaś dokładnie o tym samym. I też się uśmiechnęłaś. Przeciągnąłem się na kanapie i odłożyłem książkę na stolik. Obserwowałem Cię, kiedy nalewałaś nam sok pomarańczowy. Mimo że codziennie rano oglądam Cię chodzącą w mojej bluzie, ten widok wciąż należy do najpiękniejszych w moim życiu. I ulubionych. Przyszłaś do mnie i przywitałaś mnie delikatnym pocałunkiem. Patrząc Ci w oczy, myślałem o tym, ile czasu minęło, odkąd się spotkaliśmy. Pamiętam dobrze ten dzień. Zima. Zima w Polsce. Piździło niemiłosiernie i tylko Twoje spojrzenie ocaliło mnie od skończenia jako eksponat w muzeum epoki lodowcowej. Żartuję, nie było aż tak romantycznie, ale potrzebowałem mocnego kandydata do cytatu roku. Właściwie nie było aż tak zimno i właściwie, to wcale wtedy nie rozmawialiśmy. Nie naciągnąłem tylko tego o oczach, w których faktycznie widziałem ciepło. Dziwne ciepło, którego nie spotykasz w oczach osoby, spotkanej przez przypadek na przystanku, czekając na busa. Całkowicie przypadkowo, bo w ogóle nie powinno mnie tam być. Czasami życie wysyła nas jednak w miejsca, w których w ogóle nie powinno nas być — tak, nie jest to wcale odkrywcze, nie, nie jest to mocny kandydat do cytatu roku. Poza tym byłoby nie fair, gdyby zajął wszystkie trzy miejsca na podium. Mnie wysłała tam osoba, z którą znałem się od dziecka, więc teoretycznie można stwierdzić, że życie znalazło niezłego łącznika.

– Chodź, pojedziemy teraz.

Myślę o ścisku w tych małych, blaszanych kotłach, potocznie i dla zmyłki zwanych busami. O ich dudniących częściach, które zaraz wypadną, ale nie zmienią się w Transformera, prędzej w Złomka z Aut 2. Myślę o łagodnym dotyku puchowych siedzieć autobusu miejskiego, na który musiałbym wprawdzie czekać godzinę. I mógłbym rozprostować nogi i oprzeć się o siedzenie i patrzeć w szybę.

– Ni w cholerę.

Powiedziałem i widziałem w spojrzeniu, kobiecym spojrzeniu spod znaku „zamorduję Cię zaraz”, że zmienię zdanie. Trudno. W sumie to fajne te busy. W ostateczności mogę je wziąć za Zygzaka McQueena.

– No dobra, chodź.

Wiecie, jak było potem. Bez tego zimna i epoki lodowcowej. Z tym typowym strzałem amora. Z tą, typową, strzałą amora, przepraszam panią polonistkę. Każdy z was zna ten moment, więc nie będę się rozpisywał, po prostu przypomnijcie sobie, kiedy nagle spotkaliście jej/jego wzrok, uśmiechnęliście się, a on/ona odwzajemniła uśmiech. I tak staliśmy. Ona, uśmiechając się do mnie, ja zerkając, ok, gapiąc się jak debil, przerywając chwilę rozmowę ze znajomymi. Nie pamiętam już kiedy, ale jakiś czas później śmiała się ze mnie, opowiadając mi, jak myślałaś: „Mój Boże, stoi z takimi pięknymi dziewczynami, a ciągle patrzy na mnie, idiota…”

Idiota przerwał na chwilę rozmyślanie, składając delikatny pocałunek na jej ustach. Trzymaliśmy się za rękę, siedząc przytuleni, przez tę niedzielę raczej bardziej leniwi niż spragnieni bliskości, na kanapie w naszym domu.

Okej, poszliśmy malutkim skrótem od pierwszego spojrzenia do wspólnego mieszkania. Dopłyńmy do Indii na około. Jak Kolumb. Tylko tak jakby bez tego odkrywania Ameryki. Co było po pierwszych uśmiechach i spojrzeniach? Nerwowe szukanie na portalach społecznościowych. Przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek, chyba nie wierzycie już w poznawanie się bez ich udziału. No co wy. Wyślij nową wiadomość tekstową. Rozpocznij czat. I tak dalej. W każdym razie da się przejść od tego do tej kanapy i niedziel w mojej bluzie i tych całych Indii, więc, jak to szło… cel uświęca środki. Potem nie zwraca się już uwagi na dni w kalendarzu. Znaczy, zwraca się, kiedy się na siebie czeka. Odlicza dni pomiędzy przylotami. Próbuje zatrzymać czas pomiędzy przylotami a odlotami. Odlicza się godziny do końca pracy. Tygodnie do zamiany samolotu na samochód. I znowu chwila odliczania, ale krótsza. Przyzwyczajenie do niej, chociaż przyzwyczajenie to złe słowo. To, że godzisz się z tym, jakie jest życie, nie zawsze oznacza pustą akceptację. Czasami jest to konieczna monotonia, której pragniesz najbardziej na świecie. W końcu jednak odliczacie już tylko pocałunki. W TYM domu, a TEJ kanapie, w TE niedziele, w TEJ mojej bluzie. W międzyczasie jak rollercoaster przemknęły wszystkie momenty, które zapadną na zawsze w pamięci. Łzy radości i szczęścia. Trudne kłótnie i cierpliwe rozmowy. Wspieranie siebie nawzajem. Pierwszy raz, kiedy dłonie splatają się w delikatnym, trochę niezręcznym uścisku. Pierwszy pocałunek, kiedy musisz zadecydować za was obydwoje, że chcecie tego samego. Pierwsze randki, wyjazdy, wsuwanie ręki pod spódniczkę… Ej, schowajcie te rumieńce. To czekało nas, czeka Cię i was. Tak więc, odwzajemniając, wsuwanie ręki w bokserki. Kolacje, prysznice, spacery, miliony niedziel, podczas których…

Przesunąłem ręką po jej udzie i spojrzałem na nią. Nie musimy dzisiaj nic mówić, kochanie. Upewniłem się, że odczytała to z moich myśli. Tak, po prostu niech będzie tak, jak jest. Upewniła się, że odczytałem to z jej myśli i położyła mi głowę na ramieniu.

Miliony niedziel, których już nie odliczaliśmy. W te cieplejsze piliśmy chłodne drinki na balkonie, patrząc na to, jak brzydko jest dookoła, bo przecież wszędzie są tylko bloki, samochody, biurowce… Trzeba być niezłym masochistą, żeby to polubić. Dlatego staraliśmy się często uciekać do naszych miejsc, niekoniecznie rodzinnych domów, gdzie zamiast bloków były szklarnie, zamiast samochodów… no dobra, były, ale nie kolidowały z lasem, łąkami i zaciekle ujadającymi psami, w każdym razie do naszych miejsc, które starannie odnajdywaliśmy przez lata, szukając schronienia od pędzącego wprost na nas świata. Tam też spędzaliśmy niedziele. Bez celu szwendając się po pustkowiach lub leżąc na nieco przetartym kocu. Kiedy dni stawały się zimniejsze, woleliśmy kupić butelkę wina i siedzieć, nawet tu, starając się unikać nachalnej brzydoty bijącej zza okien, oglądając romantyczne filmy (jeśli Ty wybierałaś) albo Gwiezdne Wojny (kiedy udanie zastraszyłem Cię strajkiem kuchennym, a Ty przejęłaś się, że na parę dni stracisz talerze pełne spaghetti). To była całkiem miła odmiana. Milsza niż byle jakie śniadania w mlecznych barach albo butelka wody wylana na poduszkę, kiedy starając się opanować helikopter w głowie, próbowałem ugasić palące pragnienie, wspomnienie sobotniej nocy.

Kolejna z tych niedziel mijała nam leniwie, przyjemnie leniwie, chociaż dopiero się zaczynała, a wino czekało już na szafce, gotowe do podgrzania z dodatkiem rozgrzewających przypraw. I nie mówiliśmy nic, bo jeszcze zdążymy się dziś nagadać. Poza tym przecież nigdzie nam się nie spieszy, prawda? Nie spieszy nam się, bo wiem, co mam schowane w szafce pod koszulkami. W małym starannie ukrytym pudełeczku. Ty jeszcze nie wiesz, ale i tak znam Twoją odpowiedź.

– Zawsze powiem Ci tak.

Stwierdziłaś kiedyś, prawie na początku naszej wspólnej drogi. Dzis, parę lat później, wciąż jestem pewien, że to zrobisz. Jestem tego pewien, ale to nie jest pewność wynikająca ze zbytniej pychy. To pewność wynikająca z tego, że czujemy bicie swoich serc, nawet kiedy się na jakiś czas rozdzielamy. Kiedy dni są tylko po to, by do siebie wracać każdą nocą złotą. To pewność wynikająca z tego, że obydwoje mówimy w tym samym czasie: dobrze, że jesteś. Myślałem o tym wszystkim znając już dokładnie plan kolejnej niedzieli. Plan kolejnej niespodzianki, które zawsze Cię stresowały, ale też zawsze sprawiały, że zarzucałaś mi ręce na kark, radosna, roześmiana, wdzięczna…

Odwróciłem się jeszcze na chwilę i spojrzałem na Ciebie.

Cholernie lubię te leniwe niedziele.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s