Rozstania są najgorsze


Mam lipiec w kalendarzu, za oknem już październik. Jesień w natarciu, kaloryfery rozgrzane, deszcz smutnie bębni w okna znajdujące się na dachu, a więc na skośnej ścianie mojego pokoju. W takich chwilach jedyne czego chcesz od życia to święty spokój, ale niestety — życie chce od Ciebie znacznie więcej, więc nie dojdziecie do porozumienia w kwestii oczekiwań.

Nie było mnie miesiąc, podczas którego zajmowałem się wieloma interesującymi rzeczami. Wypiłem parę butelek wina, napisałem kilka tekstów sportowych, przesłuchałem tysiąc płyt, obejrzałem parę niezłych filmów i skończyłem wszystkie rozpoczęte seriale. Chciałbym stwierdzić, że mój wolny czas był tak zagospodarowany, że nie miałem kiedy napisać kolejnych oprocentowanych przemyśleń, ale to nieprawda. Jeśli coś robisz, idź na całego, w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj — powiedział kiedyś Charles Bukowski. W sprawie mojego pisania kieruję się prostszym założeniem: jeśli masz robić coś na siłę, to pierdolnij to w kąt, połóż się pod kocem i poczekaj, aż przyjdzie coś, czym masz ochotę naprawdę się podzielić. Albo poczekaj, aż znajdziesz wenę do pisania o tym bez obciążenia umysłowego, jakim jest tkwiący w głowie zegarek, który mówi: tydzień bez posta, to tydzień stracony. Możecie mieć więc pewność, że nigdy nie znajdziecie to wymuszonego wpisu. Następnym razem, kiedy znowu zniknę, nie będziecie musieli się martwić, że wasz ulubiony bloger skończył w jakiejś przydrożnej spelunie, staczając się razem z okolicznym elementem (lub, że ta parszywa menda skończyła swoją karierę przed czasem i pije gdzieś pod sklepem, tam, gdzie jego miejsce — wersja dla hejterów). To tak tytułem wstępu, tymczasem wymówkę dla mojej bezczynności mogłem mieć faktycznie dobrą. Bolesne rozstanie zawsze przecież zniechęca do robienia czegokolwiek, poza koniecznymi obowiązkami (czytaj: oglądaniem Simpsonów od rana do nocy).
Kiedy spędzacie razem parę lat, przeważnie nie wyobrażacie sobie życia bez siebie. Plany na przyszłość są wspólne i przekreślają jakiekolwiek możliwości niepowodzenia/rozłąki. Przyzwyczajacie się do siebie, no wiecie, ogółem robicie te wszystkie fajne i głupie rzeczy razem, do waszego wspólnego widoku przyzwyczajają się już wasi znajomi, czasami, kiedy przychodzicie sami, pytają nawet, czy wszystko w porządku. Często bywa jednak tak, że przestaje być w porządku, a wtedy pojawiają się myśli o niepowodzeniu i rozłące, plany na przyszłość uwzględniające oddzielne życia i robienie tych wszystkich fajnych i głupich rzeczy osobno. Zwierzacie się znajomym, że już nie wszystko jest w porządku, że coś się popsuło. Potem nadchodzi moment straty — nic już nie będzie takie samo, czas zaczynać od nowa. Całkiem niedawno, niecały miesiąc temu sam tego doświadczyłem. Właśnie wtedy je straciłem…

Wait, JE?! Ty parszywa szowinistyczna, męska świnio, miałeś drugą?! Albo może więcej?! (Feministki nerwowo stukają w klawiaturę, zbierając informacje o autorze i poszukując wskazówek dotyczących jego aktualnego adresu, żeby obrzucić jego dom pomidorami).

Tak, je. Moje ukochane okulary.

Niestety – nie reklamuję świadomie ani Adidasa, ani Blocx. Niszowi blogerzy wciąż klepią biedę.

Ich obecny stan pozostawia wiele do życzenia, ale w czasach swojej świetności były nie do zdarcia. Tak, wiem, że jesteście rozczarowani. Tekst o okularach nie może być przecież ciekawszy od tekstu o wielkiej miłości i jeszcze większym rozstaniu, ale mogę śmiało uznać, że ja i moje okulary byliśmy jak Brad Pitt i Angelina Jolie. Jako że o udanych związkach, wiem tyle, ile o produkcji marmolady — czyli nic, a szkoda, bo zawsze chciałem stworzyć udany związek roczny zapas marmolady — zostanę przy opowieści o okularach, która o dziwo wyglądała podobnie do niektórych związków. Korzystając jednak z okazji, że wspomniałem o marmoladzie, a także z faktu, że mam w schowku pewne majestatyczne zdjęcie, postanowiłem zostać człowiekiem-memem. W końcu miłość jest jak marmolada. Każdy chciałby ją mieć.

cytat

Nasza historia zaczęła się dwa lub trzy lata temu, sam już nie pamiętam. Zaczęła się od tego, że swoje piękne, nowiutkie okulary zgubiłem gdzieś po grubo zakrapianej imprezie w plenerze. Szansa na ich znalezienie była taka, jak szansa, że takiej imprezy nie powtórzę, więc ani ich nie szukałem, ani nie chciałem kupować sobie takich samych, żeby nie spotkał ich podobny los. W tym celu kupiłem, ok trzymajmy się faktów, najpierw pożyczyłem (na wieczne nieoddanie) stare okulary mojego kolegi. Z początku traktowałem je bez uczucia, potrzebowałem ich do zaleczenia smutku po poprzednich, no i do koniecznej ochrony swoich królewsko-błękitnych oczu (wcale się nie chwalę) w trakcie upalnych, wakacyjnych dni.

Czas mijał nieubłaganie, a okulary towarzyszyły mi przy każdej kolejnej okazji. Niezbyt przejmowałem się, czy je zgubię, czy zepsuję, wtedy już określiłem ich wartość na 5zł, bo Kuba dostał za nie ode mnie dwie Perły Export, co sam uznał za interes życia. Z czasem jednak pojawiło się uczucie, powolne przywiązanie i dbałość o to, by zostały ze mną jak najdłużej. Mieliśmy burzliwe momenty, kiedy wpadły mi do małej rzeczki i pędziłem niczym Usain Bolt po stromym zboczu (to może bardziej jednak, jak koza górska?), by je uratować. Czasami, kiedy nie mogłem wymacać ich w kieszeni kurtki, czułem strach i zakłopotanie, że nie wziąłem ich ze sobą. Byliśmy razem coraz dłużej, aż w końcu zacząłem wysłuchiwać narzekań mojej rodziny, która stwierdziła jednogłośnie, że stać mnie na coś lepszego. Ja jednak nie chciałem ich wymieniać na nowe, odrzucając nawet pomoc finansową, udzieloną mi w celu zakupu czegoś lepszego przez obrzydzonych widokiem obdartych zauszników domowników. Z czasem do apelu o zmianę przyłączyli się niektórzy znajomi. Ja jednak trwałem dumnie i wiernie przy swoim i gdy tylko promyczek słońca wyjrzał zza chmur, te same stare, zmęczone okulary lądowały na moim nosie. Coraz częściej zabierałem je ze sobą również, kiedy nie było ku temu podstaw, ot tak, żeby nie zostawały same, leżąc gdzieś bezużytecznie w domu.

W końcu jednak nastąpił kryzys. Zdarzyło mi się o nich zapominać, a patrząc na to, jak niszczeją, traciłem całe uczucie. Traciłem również dbałość, rzucałem je do plecaka, gdzie przygniatały je książki. Mimo to, one wciąż nie dawały za wygraną (hej, Blocx, to chyba dobra kryptoreklama! Numer konta wyślę na pw.). Przetrwały wszystkie upokorzenia, zapomnienie, zaniedbanie i pojechały ze mną do Anglii. Tutaj kryzys pogłębił się. Patrząc na piękne, nowe Raybany, schowane za sklepowymi witrynami, nie chciałem już dłużej pokazywać się w moich, już teraz różowo-czarnych, Blocxach. Zacząłem nawet myśleć o tym, żeby skrócić ich cierpienie i samemu zakończyć ich żywot. To byłoby przecież lepsze niż odrzucenie ich w kąt, bez słowa wyjaśnienia… Tak, wiem, macie mnie za sadystę, porównywałem historię okularów do związku, a teraz piszę o „zakończeniu ich żywota” (Chyba wciąż myślę tu o okularach. Chyba…). Cóż, moje kochane okulary mnie uprzedziły. Kiedyś znów wylądowały w plecaku, razem z rzeczami zabieranymi codziennie do pracy. To była ich ostatnia podróż. Po pracy przypomniałem sobie, że one wciąż gdzieś tam są i… z szokiem wyjąłem je, połamane. Nastąpił długo wyczekiwany, ale wciąż jednak bolesny, koniec. Dwie wiosny, dwie zimy, dwa lata…

Przetrwały naprawdę wiele. W tym samym czasie mój braciak Kuba, który dbał o każdą parę okularów jak o swoje małe dzieciątko, zdążył zaliczyć sześć lub więcej par. Nowiutkich, prosto z salonu, z różnych sklepów. Wszystko zawodziło, a moje dzielne maleństwa wciąż trwały niewzruszone na moim nosie.

Przepraszam, jeśli rozczarowaliście się, że na jesień traktuję was nieco satyrycznym, chociaż po części głębokim — jeśli faktycznie porównacie moje okulary do dziewczyny i przeczytacie to, jak historię naszej relacji (umówmy się, że bez tego „kończenia żywota”, w kiciu ponoć nieźle się pisze, ale może spróbuję tego nieco później). Jesienna depresja nie dobiła mnie tym razem. Mam farta, przede mną, prawdopodobnie, najlepsza jesień mojego życia. Wszystko na to wskazuje, więc pomimo że w niektórych sprawach mogłoby być lepiej, obieram optymistyczne myślenie. No i szukam nowych okularów.

A childlike summer days in the sun, slowly wishes turn to sadness…

Die, my darling.

Reklamy

22 uwagi do wpisu “Rozstania są najgorsze

  1. A to wszystko przez to że o nie nie dbałeś ;)) I chciałeś wymienić na lepszy model!! No dosłownie jak z kobietą 😉 tylko pamiętaj – nie kupuj za często róż bo się przyzwyczai :p

    Polubione przez 1 osoba

  2. Chcesz żeby ona zwiędła ? (mówię o kobiecie rzecz jasna!)
    Raz na rok by się zdało – i to bez okazji!!!
    Chociaż czekaj… ja bez okazji dostałam jedną hmm może dwie?….. na całe 6 lat związku ^^ czyli w sumie coś jest z tą jedną na 4 lata… hmmmm

    Polubione przez 1 osoba

  3. Historia tych okularów naprawdę imponująca!

    Sama mam takie jedne, kupione w Czechach za jakieś 10 zł, a posiadające filtr UV. Już kilka razy były naprawiane, a szkła są lekko zarysowane, ale jakoś nowych nie potrzebuję 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Ja jestem bardzo rozwiązła w tym temacie, bo w sezonie wymieniam je kilka razy. Po prostu zawsze gdzieś któreś zostawię i muszę starać się o kolejne 😉

    Polubione przez 1 osoba

  5. Jako człowiek przywiązany do swoich okularów (właściwie przez większość dnia się z nimi nie rozstaję) naprawdę mi cię żal. Rozstanie z okularami jest rzeczą naprawdę traumatyczną. Wszak to nasi towarzysze dnia codziennego, chronią, upiększają i pozwalają ukryć emocje…!
    Jak żyć bez okularów? Nie da się, ot co. Teraz to tylko druga połówka. A potem jeszcze 0.7;

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s