Dramat polskiego kina


Niedawno obchodziliśmy 25. rocznicę oświecenia Lechistanu – do Polski zawitał Internet. Również nie tak dawno, ale już na obcej ziemi, ja musiałem jakoś obejść się bez Internetu. Na szczęście już wychodzę z jaskini, wracam do żywych, znów będę mógł marnować życie odświeżając tablicę na Facebooku!

Powiedzmy sobie szczerze, na wstępie – bez Internetu nie da się żyć w XXI wieku, jeśli jesteś do niego tak przyzwyczajony, jak np. ja. Nie mówię, uzależniony, ale wypowiadam się z poziomu gościa, który dzięki paru stronkom na Facebooku ma dostęp do tego co lubi, co chce wiedzieć, a także do osób, z którymi mogę na jakiś temat pogadać (o znajomych nie wspominam, zbyt oczywiste). Tyle że mając mobilne połączenie przez godzinę – dwie dziennie i tak zdążyłem zrobić większość rzeczy, może szybciej i mniej dokładnie, ale jednak nie wypadłem całkowicie z obiegu. Zorientowałem się, że na faktycznie ważne, codzienne sprawy, wcale nie potrzeba aż tak wiele czasu. A bez tego Internetu było mi… trochę lepiej. Wciągnąłem parę książek, ugotowałem sobie kilka niezłych obiadów i zrobiłem kamienne ciasteczka (żeby nie było, że tak idealnie). No i mój laptop mógł złapać oddech, chociaż klepania w klawiaturę sobie odmówić nie mogłem. Przede wszystkim jednak skupię się na książkach, konkretnie na dwóch, które przeczytałem jednym wdechem – około 650 stron w dwa dni.

Przeczytałem obydwie części Złych Psów Patryka Vegi i po raz kolejny jestem niemiłosiernie wkurwiony na polską kinematografię. Byłem na premierze Pitbulla w ubiegłym roku, widziałem już zwiastun kolejnej części i niesamowicie irytuje mnie fakt, że mając ŚWIETNY materiał do obróbki (a mówię tylko o książkach, przecież Patryk ma pewnie wiele więcej do przekazania), robi się z tego film, który kompletnie traci jaja. Poprzednią częścią Pitbulla byłem rozczarowany. Może dlatego, że w głównej roli w mojej pamięci zawsze będzie Despero, może dlatego, że była po prostu… zwyczajna. Teraz, po przeczytaniu książek, widzę, że można było dać z siebie więcej. Najbardziej jednak boli mnie fakt, że Niebezpieczne Kobiety, zapowiadają się jeszcze gorzej. Zwiastun przedstawia pomieszanie komedii romantycznej z kinem gangsterskim. Komedii romantycznej, bo fabułę, całą otoczkę filmu o największych kozakach polskiej policji (kryminalni, wydział zabójstw) psuje opieranie dialogów na schemacie:
– Kurwa, ale zajebiście w chuj.
– No ja pierdolę, dojebane.
Plus kontynuowanie postaci gangusa-przygłupa, którego teksty owszem wywołają uśmiech, ale prawidłową reakcją zaraz po uśmiechu, powinno być: nie no bez jaj, nie można być aż tak takim idiotą, mówimy o grupie mokotowskiej, czy Sebkach handlujących maryśką za rogiem? Cóż, przynajmniej wiadomo do jakich odbiorców adresowany jest ten film.

Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest tak, że ja chcę wszystko krytykować, nawet przyzwoity film, taki jak Pitbull 2, bo to w naszych warunkach biały kruk, ale nie lubię robienia szopki na siłę, czyli po prostu chamsko wylewającej się z czegoś komercji. Jak można środowisko gangów, dymania nadgodzin przez chlejących litrami wódę policjantów, przedstawiać w takiej przyjemnej papce? Ja wiem, kasa misiu, kasa, film musi zarobić, ale sztuczność zabija i tak już mierne polskie kino. Brudna rzeczywistość, męski świat twardych reguł, który widać w książkach Złe Psy (ZŁE – słowo klucz, ciężko w tym znaleźć odzwierciedlenie czegoś przyjemnego), to nie jest temat, który należy przedstawiać w taki sposób. Marnujemy tylko dobre historie, a szkoda, bo z lektury wynika, że kontynuowanie sposobu ujęcia sprawy w serialu z Despero w roli głównej można by osiągnąć bez problemu. No ale cóż, to już trudne kino, a trudne kino tyle nie zarobi. U nas kino ambitne z góry skazane jest na porażkę, a szkoda, bo mamy doskonałe „naturalne” warunki do kręcenia filmów ciężkich i mocnych, których wciąż moim zdaniem wychodzi zbyt mało. Jedna Drogówka i jedne Służby Specjalne nie dają wielkiej nadziei na zmianę trendów. Nie w tym kraju.

W kraju, w którym kino naprawdę leży i jest rokrocznie nokautowane kolejnymi Och Karolami Dwa i Kac Wawami, które ukazują się w ilości hurtowej, zupełnie jakby usadzono paru aktorów (najczęściej grają przecież Ci sami) w studio i kazano im grać pod jeden scenariusz, który delikatnie modyfikowano pod nowe anty-dzieło. Wspaniale opowiada o tym na swoim kanale Mietczyński. Każdemu kto wątpi, polecam serię Masochista. Swoją drogą Masole Mietka są czasami jedyną okazją do pośmiania się z (urywków) polskich komedii, a to już naprawdę smutne.

Po obejrzeniu dowolnego odcinka zadacie sobie zapewne takie samo pytanie, jakie ja zwykle sobie zadaję. Jakim cudem ktoś: coś takiego napisał; za to zapłacił; chciał to wyreżyserować; chciał w tym zagrać. Moglibyśmy chociaż raz na jakiś czas wyprodukować parę niezłych filmów, żyłoby się nam z pewnością dużo łatwiej. Obecnie ciężko znaleźć w polskim kinie coś ciekawego, nasze hity powinny mieć osobną kategorię na Złotych Malinach (przeciwieństwo Oscarów). Z drugiej strony, taki Kac Wawa daje nadzieję. Nadzieję, że w erze, w której Trudne Sprawy i trudnosprawopodobne seriale gromadzą tłumy przed telewizorami, tłumy gorączkowo przeżywające każdy odcinek takich produkcji, nie wszystko jest jeszcze stracone. Zdawałoby się przecież, że Kac Wawa to projekt bliźniaczo podobny do wspomnianego serialu paradokumentalnego, a jednak! Okazuje się, że kiedy słupek żenady wystrzeli w górę i przekroczy dopuszczalną skalę o miliony lat świetlnych, z kasowego sukcesu nici. A skoro nie będzie kasy, to nie będzie podobnych filmów. Teoretycznie, bo w praktyce wciąż kręcimy „kolejne genialne komedie romantyczne, twórców XYZ”. Polskie kino to komediodramat, ale to nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że o ile komediodramaty bywają czasami trochę śmieszne, albo trochę wzruszające, to polskie filmy rzadko wzbudzają jakiekolwiek inne uczucia, poza mocnym zażenowaniem. Mam jednak nadzieję, że hasło wysyłane reżyserom, aktorom i scenarzystom takich arcydzieł, przez tysiące polskich widzów, wreszcie do nich dotrze. Hasło to jest proste i logiczne. Robicie to źle.

PS. Rozwiążmy Polski Instytut Sztuki Filmowej. W trybie natychmiastowym.
PS2. Naprawdę przeczytajcie te książki, są one właśnie takie, jakie powinny być te filmy: słodko-gorzkie, z naciskiem na gorzkie. Satysfakcja gwarantowana.

Tylko trochę boli już, jak wkręcają Ci Polskę w to Twoje Hollywood.

 

Reklamy

21 uwag do wpisu “Dramat polskiego kina

  1. Nic do dodania; PJONA! Czytając, próbowałam przywołać ostatni polski film, który zrobił mi dobrze i do głowy przyszedł mi tylko…”Dom zły” No ale ten się nie liczy, inna kategoria rozważań.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja ostatnio obejrzałam Uwikłanie po przeczytaniu książki i uważam, że nie było warto (włączać filmu oczywiście). Poza tym mam wrażenie, że ostatnio „produkujemy” głównie dwa rodzaje filmów: słodkie komedie romantyczne na wzór (lecz nie podobieństwo) tych z Hollywood, albo przesiąknięte patriotyzmem i przekleństwami ciężkie poważne filmy. A ja lubię coś pomiędzy.

    Polubione przez 1 osoba

    • Matko, te patriotyczne filmy są NAJGORSZE. Jestem naprawdę mocno związany z krajem, mówię sam o sobie „patriota”, ale nie mogę patrzeć na taki chłam. Pierwszy z brzegu przykład – Pilecki. Tragiczny film, naprawdę grubo poniżej oczekiwań. Kolejny – Miasto 44. Sztucznie napompowany, pusty. Dwa świetne tematy zmarnowane przez kiepskie kino. Zamiast promować historię, wypuszczamy ciężkostrawne filmy, które są robione na szybko, na poczekaniu. Mam nadzieję, że chociaż Wołyń zostanie dopracowany i nie zakopią go w całości wątkiem miłosnym. Z drugiej strony z kolei są te wszystkie Idy, które zdobywają Oscary i w tym miejscu dodaję trzecią kategorię – filmy szkalujące Polaków, gdzie jesteśmy pokazani jako najgorsi. W skrócie: robimy trzy typy filmów i w każdym z nich się ośmieszamy, celowo lub przypadkowo. To droga donikąd…

      Polubienie

  3. W sumie to trochę smutne, że muszę się zgodzić prawie z każdym słowem, ale rzeczywiście polskie kino od dawna leży i kwiczy. Stosunkowo nieźle wychodzą mu właściwie tylko wyciskacze łez i (niektóre!) biografie. Ale jest pewien plus tej sytuacji – mamy Masochistę, a on niezawodnie wnosi w moje życie trochę radości 😉

    Polubione przez 1 osoba

  4. Z biegiem lat wpadłem w pułapkę schematu „polskie, więc nie oglądam”. A już zwłaszcza, jeżeli mowa o komediach. Kinematograficznie zatrzymałem się w Polsce na drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Takie „Nic Śmiesznego” mógłbym oglądać bez przerwy. Mam wrażenie, że wraz z nowym milenium polska kinematografia wyrzekła się swojej tożsamości w imię durnego naśladownictwa zachodnich produkcji. I wyszło katastrofalnie. I sztucznie. Bo jednak przenoszenie amerykańskości na grunt polski w stosunku 1:1 nie mogło skończyć się dobrze.

    Polubione przez 1 osoba

  5. A znasz jakiś film, który dorównałby książce? Bo ja nie. Ale nie z powodu kulejącej kinematografii, tylko z powodu egoizmu. Po prostu własnecwyobrażenia zawsze będą lepsze niż obce. Zawsze włącza się myśl „ja bym ti pokazała lepiej”. Czyż nie?

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s