Happy Birthday to me


Omatkoboska. Znów mam urodziny. Znów, bo wydawało mi się, że poprzednie były jakiś miesiąc temu. Dobra, przesadzam, w tym roku wydarzyło się wiele „dużych” rzeczy, więc czas płynął trochę wolniej, ale jak wiadomo – zawsze jest za szybko. Tym bardziej, kiedy obchodzisz „ostatki” i przy okazji następnych zmieni Ci się cyferka z przodu.

Takie właśnie dziś świętuje, a wiadomo, że zamykanie kolejnego dziesięciolecia nigdy nie jest łatwe. Na szczęście nie jestem z tych, którzy będą się dobijać. Przyjdę z pracy, uśmiechnę się, zjem ciastka (potrójnie czekoladowe), otworzę schłodzonego Guinnessa i tak spędzę swoją chwilę w spokoju. Przy okazji zażyczę sobie, żeby następną dziewiątkę z tyłu świętować z wyższego levelu i móc swobodnie puścić sobie z głośników: dekada z okładem mija mi dziś luźno ziomciu i to życie zamiast biec ciągnie się jak turbo w słońcu.

Wiecie co jest zdecydowanie gorsze od lekkiego przeskoku w liczniku? Kompletnie nie wiem co napisać w urodzinowym tekście. Nigdy jeszcze takiego nie pisałem. Poprzednie urodziny świętowałem grubo, ale to raczej nikogo nie zdziwi. Najlepsze obchodziłem jednak dwa lata temu, kiedy z towarzystwem drinkowaliśmy pod mecz otwarcia mistrzostw czegośtam w siatkówce. Piliśmy w tempie raczej punktów niż setów, a pani w nocnym mimo usilnych próśb nie chciała nam dać zniżki dla jubilata, więc niestety zabrakło nam na bilet powrotny. Na złe nam to nie wyszło – trasę i tak skończyliśmy w połowie, bo autobus, w który się wpakowaliśmy miał kurs do zajezdni. Dzielni partyzanci ruszyli do domu piechotą, mając przed sobą spory kawałek drogi. To właśnie wtedy powstało jedno z najbardziej legendarnych zdjęć w historii naszej paczki. Owo dzieło sztuki przedstawia mnie leżącego na chodniku, co było spełnieniem obietnicy danej chwilę wcześniej: albo kombinujemy transport, albo śpię tutaj.

Nie byliśmy najmądrzejsi, kiedy wychodziliśmy w miasto, ale za to zebraliśmy kilka fajnych wspomnień, dlatego i don’t give a care co myślisz. Urodziny z dala od paczki z tamtego pamiętnego wieczoru są jednak trochę przygnębiające. Chciałoby się puścić Pezeta: i to się nigdy już nie zdarzy…

… ale znam ich na tyle dobrze (a oni mnie), że wiem, że to się zdarzy jeszcze niejeden raz. To jest właśnie sedno sprawy i najważniejsza rzecz, która daje kopa na kolejny rok. Wszystko jeszcze przed nami.

Tymczasem idę po tego Guinnessa. Do następnego!

Za rok z przodu dwójkę będę miał i kumple, a mam oczy smutne i serce jak bunkier.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Happy Birthday to me

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s