Weekendowy blues na fali


Tak jak zapowiadałem, relacjonuję Maryport Blues Festival. Tak jak się spodziewałem, festiwal był wielowymiarowym, pięknym przekrojem Wielkiej Brytanii. Setki pijanych ludzi, sporo dobrej muzyki, parę odgrzewanych kotletów na scenie i kilka smacznych kotletów w porozstawianych po okolicy budkach z jedzeniem.

Jeśli ktoś spodziewał się, że cała relacja z festiwalu streści się w trzech podpunktach…

  1. dzień — nie pamiętam.
  2. dzień — nie pamiętam.
  3. dzień — nie pamiętam.

To wcale mu się nie dziwię, bo szybko zdałem sobie sprawę, że cała impreza jest po prostu dobrą wymówką, żeby powiedzieć dzieciakom: kochani, dzisiaj z tatusiem jedziemy na weekend nad morze, będzie festiwal bluesa. Po czym zachlać pałę szwendając się chwiejnym krokiem po barach. Plus, jeśli dzieci były nieco starsze, spotkać je w podobnym stanie w jednym z nich.

Ja jednak was zaskoczę, bo coś tam zapamiętałem, chociaż nie ukrywam, że gdybym robił dla szefa dużego muzycznego magazynu, to ten z pewnością nie byłby ze mnie do końca zadowolony.

***

Dzień pierwszy.
Zachodni wiatr spienione goni fale.

zakupy

Ogórek, ogórek, ogórek…

Festiwal rozpocząłem od malutkich zakupów i odstawienia paprykarza szczecińskiego (przynajmniej 24 godziny przed wyjściem do ludzi). Sam festiwal rozpoczął się znienacka i równie znienacka się… skończył. Naprawdę, nie spodziewałem się, że główny event na dwóch zewnętrznych scenach (reszta rozgrywała się w barach) potrwa około czterech godzin, od 18 do 22, bo mniej więcej wtedy towarzystwo zawinęło się do knajp, w których blues przeistaczał się nawet w techno. Ogółem przez te trzy dni muzycznego szaleństwa słyszałem ze sceny kawałki jazzowe, rockowe, metalowe, soul, r’n’b… Większość to rzecz jasna covery w wykonaniu niszowych kapel, których nazwy są nieistotne, bo nie znajdziecie ich na YouTube. Zresztą i tak byście nie szukali. Cóż, do ewidentnych plusów należy zaliczyć fakt, że Stworzyciel uchronił moje ucho wytrawnego słuchacza od reggae, co wystarczy, by uznać ten dzień z życia za zdecydowanie udany.
Paru Angoli w nocy tłukło się po mordach, parę osób dogorywało na chodnikach, pokutując za grzechy paru małolatów zostało pouczonych przez niezwykle uprzejmą policję, że lepiej będzie, jeśli drugi raz ich tu nie zobaczą w takim stanie. Ni mniej, ni więcej niż dobra rozgrzewka.

Dzień drugi.
Kozackie wieczory, bolesne poranki.

piwko

Anglicy rozbrojeni. Plastikowe kubki oznaczały, że nikt nie dostanie dziś szklanką pod oczko.

Kulminacja całej imprezy i — prawdę mówiąc — jedyny prawdziwy dzień zabawy. Na ulicach wreszcie pojawiły się tłumy, zamiast tego:

640px-Tumbleweed_rolling

Jeśli też nie wiecie jak to się nazywa – tumbleweed. Nie dziękujcie.

Już po południu, w pełnym słońcu, przy przyjemnym nadmorskim wietrze, można było zauważyć Brytyjki, które udowadniały, że nie wszystkie z nich są tak brzydkie i grube, za jakie się je powszechnie uważa. Muzyka grała niemal od samego rana, a że mam ten komfort mieszkać w pobliżu centrum festiwalu, wystarczyło otworzyć okno żeby posłuchać paru przyjemnych dźwięków przy codziennych domowych zajęciach. Wieczorem ruch na mieście był jeszcze większy, bary były autentycznie nabite, jakby w każdym z nich autografy rozdawał autor tego bloga Johnny Depp. Po drętwym pierwszym dniu wreszcie udało mi się porządnie pobawić w lokalach, pogadać z paroma Angielkami (i Anglikami, bez dyskryminacji!), przetestować budki z jedzeniem i ogółem — dobrze spędzić czas. Koncerty skończyło się szybko, przynajmniej te zapowiedziane, bo niektórzy goście zaczęli już otwarcie promować swój talent, nie zważając na upodobania muzyczne pozostałych. Wracając jeszcze do jedzenia z budek — pozytywne zaskoczenie. Ceny były wygórowane (przynajmniej tak mi się wydaje, ale pamiętajcie, że jestem tu nowy), ale adekwatne do jakości. Albo po prostu moje kubki smakowe nieco się popsuły po paru kubkach piwa. Tak czy siak, była to znaczna poprawa względem podobnych imprez w Polsce, gdzie wszystko oprócz chleba ze smalcem i ogórkiem smakuje mniej więcej nijak.

Dzień trzeci.
To przechowalnia, którą zaliczył każdy z nas.

budka

Szlak kubkowy wiodący wprost do jadłodajni.Innowacyjny pomysł wyznaczania drogi do raju dla zbłąkanych duszyczek.

No nie ukrywajmy. Każdy, kto zaznał dwóch dni imprezy, wie, jak bolesny bywa finisz weekendu. Bogu dzięki, że po niedzieli i tak mam jeszcze parę dni wolnego, ale jak przykułem się do łóżka, tak niezbyt chciało mi się z niego podnosić. Tu znów przydała się bliska odległość scen od domu, bo mogłem delektować się ostatnimi brzmieniami, nie spuszczając oka z sufitu. Swoją drogą, miałem nieodparte wrażenie, że muzycy przez cały weekend balowali z nami i również dla nich dzień trzeci był ciężkim przeżyciem. Łagodne zakończenie łagodnego festiwalu, któremu jednak sugeruję zmienić nazwę na My po prostu przyjechaliśmy się najebać Maryport Music Festival.

Aha, najważniejsza chyba sprawa. Co mnie najbardziej zaskoczyło? Czystość. Otóż w sobotę wieczorem śmietniki wyglądały tak.

kosz

Szwedzki stół w wersji dla mew. Podpisuję, bo znawcy sztuki nowoczesnej mogą pomylić z najnowszym dziełem sztuki.

A ulice jeszcze gorzej. Tymczasem rano doznałem cudu. Przez chwilę myślałem, że znalazłem się w innym wymiarze, bo gdyby nie zamknięte budki z jedzeniem nie poznałbym, że wczoraj byłem w tym samym miejscu. W okolicach 9:00 tam, gdzie jeszcze o 4:00 był niezmierzony okiem syf, nie było ani jednego papierka. To największa różnica w porównaniu z polskimi imprezami, po których śmieci niekiedy walały się cały Boży dzień, a jeśli o siódmej rano spotkałeś kogoś na sprzątaniu, to raczej Łowców Skarbów, którzy szukali zgubionych komórek i miedziaków.

***

Zawiedzionych przepraszam. Dla mnie samego był to swego rodzaju test festiwali w Anglii, chciałem zobaczyć czego się spodziewać i jak to się w ogóle odbywa. Teraz mam znacznie lepszy pogląd na sytuację. Mimo wszystko festiwal, tak jak i relację, uważam za udany/ą. Tylko trochę brakuje takiej Dody albo Gosi Andrzejewicz, jak na Dożynkach w Warcholicach…

Muzycznie klimatem zostajemy przy festiwalu, czyli luz i spokój.

Przy okazji polecam całą płytę, która jest dostępna na Spotify.

Reklamy

18 uwag do wpisu “Weekendowy blues na fali

  1. Bardzo odpowiada mi styl w jakim opisałeś całość. NIe jestem wielkim zwolennikiem akurat takich festiwali, po których ciężko sobie cos przypomnieć, tym bardziej wielki szacun za przetrwanie przez te wszystkie dni. Szacun 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s