Wind of change


Zmiana to ostatnio bardzo popularne w Polsce słowo. Jedni mówią, że mamy #dobrązmianę, inni odpowiadają, że wcale nie jest taka dobra. Skoro już wszyscy się tymi zmianami zajmują, to zająłem się nimi i ja – rzecz jasna na swój sposób. Dlatego nie będzie ani słowa o polityce. Będzie za to słowo o lekarzu, rocku i moim tacie. Będą też cycki Fergie (dla tych, którzy weszli tylko po to — są prawie na samym końcu).

Podobno ludzie się nie zmieniają. Tak zawsze mówi się, kiedy po raz drugi zawiedzie nas ta sama osoba. Nikt wówczas nie myśli o tym, że zmienić mogło się nasze podejście do tej osoby, ale to osobna kwestia. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy ktoś się zmienia, bo jedni faktycznie po latach stają się inni, a drudzy wciąż wyglądają i zachowują się tak samo. Ja sam wiem, że zmieniam się powoli, ale z roku na rok jest to coraz bardziej zauważalne. Jak śpiewał Piotr Rogucki: czekanie sprawia, że gorzknieje cała słodycz w nas. Wiem jednak, że jest coś, co się nie zmienia i prawdopodobnie nigdy się nie zmieni. Tak, to nasz narodowy skarb. Polska służba zdrowia. Ona jest trochę jak Hogwart. Pełno w niej magii, dzieją się w niej różne niewytłumaczalne zjawiska, do specjalistów dostać się ciężej niż na peron 9 i 3/4, a nad wszystkim pieczę trzyma chaotyczne ministerstwo. Ostatnio odwiedziłem lekarza (nawiązując jeszcze do Hogwartu — był chyba rówieśnikiem Albusa Dumbledora) w ramach wizyty kontrolnej po okresie leczenia. Czekałem około miesiąca na swoją kolej, żeby dowiedzieć się, że muszę brać lek przez kolejny miesiąc i zgłosić się pod koniec wakacji. Zadziwiające, że można wyciągnąć takie wnioski bez żadnego badania, na podstawie odpowiedzi: „trochę lepiej, ale jak bolało, tak boli”, udzielonej na pytanie: „i jak Pan się czuje?”. Nowe standardy, polscy specjaliści wyprzedzają naukę i rozwój technologiczny. No cóż, gość był przynajmniej uprzejmy, bo kiedy mu powiedziałem, że nie będę mógł stawić się na wizytę z powodu wyjazdu, życzył mi udanego leczenia za granicą.

Tymczasem za granicą dzieje się sporo. Przez długi czas, w którym byłem nieaktywny w pisaniu (powiedzmy, że wtedy kolekcjonowałem wspomnienia) przewinęło się tysiące ciekawych informacji. Dla mnie zdecydowanym numerem jeden jest jednak zmiana wokalisty AC/DC. Axl Rose ma zastąpić Briana Johnsona, któremu grozi utrata słuchu, czemu akurat się specjalnie nie dziwię, pół wieku — tu przeproszę za bądź co bądź słuszną, dosadność — napierdalania hard rocka na scenie może roznieść bębenki jak Amerykanie Hiroszimę. W każdym razie dla osób, chociaż w małym stopniu interesujących się muzyką to wiadomość na pewno szokuje. Johnson należy do osób o bardzo charakterystycznym głosie, który można zapamiętać przy pierwszym zetknięciu się z australijskim zespołem. Nie będę nikomu wmawiał, że jestem wielkim fanem AC/DC, ale nie potrafię sobie wyobrazić brzmienia ich muzyki z równie charakterystycznym głosem Axla, i wcale nie dziwię się ogromnej fali frustracji, którą można zaobserwować na ich facebookowym profilu. Mogę za to powiedzieć, że jestem dużym fanem Gunsów i bardziej smuci mnie to, co Rose robi z GnR niż to, co zrobi z AC/DC. To już nie jest reanimowanie trupa, to po prostu profanacja.

Pamiętacie takiego Axla, prawda? Biegającego w gaciach (które co chwilę zmieniał) po scenie, w dzikim rajdzie z mikrofonem i stojakiem w ręku. To były czasy i rock’n’roll. Ostatnio zacząłem się bawić w szukanie nagrań z tegorocznych koncertów Gunsów. Cóż, polska służba zdrowia się nie zmienia – to źle. Axl Rose się zmienia – to bardzo źle.

Smutny grubasek ze złamaną nogą, który wyje do mikrofonu. Jego wygląd bardzo się zmienił. Jego głos zmienił się jeszcze bardziej. No i w sumie nie wiem już, co jest gorsze. Rose nigdy nie był moim wielkim idolem, ale pewnie dla wielu osób nim był. Przykro mi, kiedy słucham tego, co teraz prezentuje na scenie. Niektórym jest pewnie bardziej przykro, kiedy widzą, co idol ich młodości prezentuje sobą. Spójrzmy na Slasha, czy Duffa McKagana. Obydwaj trzymają się całkiem nieźle. Tylko on, dla niektórych największy, tak strasznie się… posypał. Tak, posypał to dobre słowo, bo sypać musiał całkiem sporo. Jeśli koncerty AC/DC mają wyglądać tak, jak koncerty GnR to naprawdę mocno współczuję wszystkim fanom tego zespołu, z moim tatom na czele. Kiedy mu powiedziałem, że Axl zastąpi Briana, myślał, że robię sobie żarty. Później widziałem już tylko śmiech przez łzy.

Mój tata jest równie dużym fanem muzyki co ja, chociaż moja miłość do muzyki bardzo go boli, bo w dużej mierze oddałem się kulturze hip-hop. Dla gościa, który był mocno zżyty z wszelkiego rodzaju rockiem i muzyką elektroniczną, który nosił długie, farbowane włosy (nie, nie mam fotek, a nawet jeśli mam, to wam nie dam, paszły gadziny, nie będzie śmieszkowania z ojczulka) dużym zawodem było to, że nie poszedłem jego drogą. Z czasem jednak polubiłem jego gust. Przyznam się, że kiedy dwa lata temu kupiłem mu Rock or Bust pod choinkę, myślałem o tym, że sam będę mógł jej słuchać. Wiem, jestem egoistą. Teraz przez mojego tatę zaczynam bać się zmiany miejsca zamieszkania i wyjazdu do Anglii. Wszystko to dlatego, że tym razem na święta dostał ode mnie ogromną paczkę angielskich herbat. Na starość człowiek się zmienia, ale nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Mój tatko znów chciałby zapuścić długie włosy, więc skutecznie walczy, by z przerzedzonych kudłów zrobić fryzurę godną bajkowej księżniczki. Domyślacie się zapewne, jak to wygląda (nie, nie mam fotek, a nawet jeśli mam, to wam nie dam, paszły gadziny!), ale nie jest to jedyne dziwactwo, które go naszło. Drugim jest nagła miłość do herbat. Zwoził do domu jakieś dziwne chwasty w woreczkach, proszki, owoce, korzenie – wszystko, co można było zaparzyć i co miało piękną, łacińską nazwę, bo jak wiadomo, po łacinie wszystko brzmi dostojnie i mądrze. Dowód: deformis mulier sine uberibus. Przeczytajcie na głos. Ładnie brzmi, prawda? W rzeczywistości oznacza to: brzydka kobieta bez cycków. Wracając do tematu. Mogłem tacie wyciąć jakiś kawał i podmienić mu kilka składników w tych jego miksturach Panoramixa, ale jako że jestem dobrym synem, kupiłem mu to pudełko angielskich herbat. No dobra, nie jestem dobrym synem, bo tym razem również myślałem o tym, że czasami będę mógł mu je podebrać i sam spróbować tych specyfików. Tym razem Bóg ukarał mnie za mój egoizm. Herbaty są ohydne (tacie jakimś cudem smakują) i teraz boję się, że tam za morzem wszystko jest tak niedobre i zemrę z głodu i odwodnienia.

Bardziej jednak boję się innej rzeczy, również związanej ze zmianą. Jakiś czas temu Facebook zaczął majstrować przy polubieniach. Z tego majstrowania wyszły reakcje. Ludzie zadowoleni, bo wreszcie można nie tylko lubić, ale też nie lubić (przykro mi, wrr) lub bardzo lubić (super, wow). Można też się pośmiać (haha). Zdaje się, że wszyscy są szczęśliwi. Oprócz mnie rzecz jasna, bo tkwię jak głupek, bez żadnej nowej fotki od trzech miesięcy, bo martwię się, że dostanę więcej haha niż super. Muszę coś wykombinować, bo moi znajomi mogą zapomnieć, że istnieję. Mamy do czynienia z dwudziestym drugim problemem pierwszego świata (klikając w link dowiedzie się o co chodzi). Chociaż może jednak z dwudziestym pierwszym, bo jednak cycki Fergie sprawiają, że Black Eyed Peas są całkiem spoko. W sumie nie. Tylko cycki Fergie są spoko.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.


Wiem o czym myślicie. Albo tylko ja myślę…

Tak właśnie te zmiany dzielimy. Jedne są dobre, drugie złe, trzecich nie ma wcale, a czwartych się boimy. Nigdy do końca nie wiadomo co jest gorsze. Brak zmian może przecież oznaczać stanie w miejscu i marnowanie czasu. Zmiany mogą okazać się złe i również zmarnujemy czas. Lub pieniądze i czas, jeśli wybierzemy się w tym roku na koncert Guns n Roses, albo Axl/DC. Za miesiąc powinienem już nadawać z Anglii, a to oznacza zmianę wszystkiego, czego zmieniać nie lubię. Fryzjera, lekarza, trasy spacerowej, miejsc, w których pijam piwo, dostawcy pizzy i tak dalej. Oczywiście specjalnie przesadzam z tym strachem przed wyjazdem. Nie boję się ani trochę, wręcz przeciwnie. Najwyższy czas na zmianę, nawet jeśli nie będzie ona wystarczająco dobra.

Ogólnie mówiąc – life is brutal. Poza tym wszystko doskonale.

Tego pewnie się tutaj spodziewaliście.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Wind of change

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s