Poświąteczna rewizja. Stojąc na skraju cywilizacji



Globalizacja. Problem współczesnego świata można opisać jednym słowem. Chociaż promowana jako szansa dla ludzkości, jest ładnie opakowaną puszką Pandory. Dlaczego kojarzę globalizację z Wielkanocą? Wielkanoc to tradycja, element kultury. Globalizacja tę kulturę zwalcza. Bez różnicy, czy jest polska, niemiecka, czy włoska. Niegdyś Grecy mieszkali w miastach-państwach. Dziś my mamy zamieszkać w państwie-planecie.


Faktycznie, okazja jest nietypowa. Jeszcze kilka lat temu niewiele osób wiązałoby jakiekolwiek święta z pojęciem globalizacji. Dziś jednak wyraźnie widać, że największą ofiarą globalizacji jest właśnie wiara chrześcijańska i związana z nią bezpośrednio europejska kultura. Nie zamierzam ukrywać, że Europa od czasu przegonienia pogańskich wierzeń była od wieków zdominowana przez chrześcijaństwo, które mocno zakorzeniło się w naszym codziennym życiu. Od niedawna obserwujemy jednak bardzo niebezpieczny proces laicyzacji Starego Kontynentu. O ile nic mi do tego, jakiego jesteście wyznania, to z racji nierozłączności naszej historii z religią, uważam to za bardzo niebezpieczne zjawisko, które, jak zresztą widać, powoli zabija od środka wszystko, co nas otacza.

Porzucanie tradycji przez Europejczyków można było obserwować na przestrzeni lat, również w Polsce. Chociaż w naszym kraju, tak jak w pozostałych słowiańskich krainach, proces ten jest dużo wolniejszy. Między innymi dlatego za naszą zachodnią granicą Ahmed i Abdul powoli wypierają Gerarda i Lukasa, a u nas Janki i Krzyśki wciąż dobrze się trzymają. Swoją rolę w zwalczaniu religii miał komunizm, jednak należy powiedzieć, że dzielnie go przetrzymaliśmy. Cegiełkę, i to dość sporą, dołożyło lewactwo (nie mylić z lewicą, lewactwo to ewolucja – feministki, transseksualiści, idioci), ale udział ma też sam… kościół. Należy przyznać, że to, co w ostatnich latach wyprawia się w kościele katolickim — począwszy od sprawy opisanej w filmie Spotlight po niedawny „coming out” jakiegoś szurniętego Polaka z Watykanu, który biegał w koloratce, mając męża na boku. Bez wątpliwości kościół zniszczył swoją opinię wśród wyznawców, wśród zwykłych ludzi. Być może czterysta lat temu, kiedy nie było radia, telewizji, internetu, działy się rzeczy podobne, ale obecnie jesteśmy w stanie szybko wykryć i rozpowszechnić podobne afery. Nie można też zapominać, że jednak kilkaset lat temu papież organizował krucjaty w obronie wiary, a dziś myje nogi muzułmanom kilka dni po kolejnym zamachu. Chociaż jak wiadomo, wiara była tylko wymówką i przykrywką dla prawdziwych celów wypraw krzyżowych, to na wiernych działała krzepiąco — oto głowa kościoła broni wyznawców przed obcymi. Dziś niestety to miłosierdzie jest wymówką, którą tłumaczy się okazanie aktu poddaństwa innej religii. Jak więc mamy trwać silni w wierze, a co za tym idzie w tradycji, kiedy jej największy przewodnik daje nam zgoła odmienne sygnały?

Mówię to wszystko, bo chrześcijaństwa nie należy uznawać tylko za wiarę. Chrześcijaństwo to nasze dziedzictwo. To historia budowana na równi z wyznaniem. Na każdym etapie pamiętano o obydwu sprawach. Chociaż przyniosło nam wiele wojen na tle religijnym, chociaż niejednokrotnie oddalała się od samej wiary ingerując w politykę, dała nam siłę, dzięki której trwała Europa. Nie oszukujmy się — to wiara jest fundamentem każdej cywilizacji. Wszyscy w coś wierzyli. Jedni w Słońce, inni w Totemy, a jeszcze inni w ukrzyżowanego Zbawiciela. Możliwe, że ktoś uzna te wszystkie wyznania za równie bzdurne i bezsensowne, ale właśnie one scalały często bardzo odmienne ludy w jedność. Zresztą definiując organizacje stojące za ostatnimi zamachami, okaże się, że do działania popchnęła ich właśnie wiara. Pomimo że jej liderom, tak jak przed laty papieżom, nie chodzi tylko i wyłącznie o jedyną słuszną religię, dzięki odwołaniu się do niej zyskali rzeszę sympatyków gotowych na śmierć w imię sprawy. Ludzie na przestrzeni lat aż tak bardzo się nie zmienili. Mając dostęp do social media, potrafią szybko dotrzeć do informacji i tak jak wspomniałem wcześniej, rozdmuchać afery, ale wciąż są tą samą rasą — niezwykle podatną na manipulacje, zwłaszcza na tle religijnym. Tak samo, jak w czasie krucjat manipulowano ludźmi, by poparli walkę z innowierstwem, dziś manipuluje się nimi w zupełnie odmiennym kierunku. Odwraca się ich od wiary, a tym samym również od tradycji, dzięki której od setek lat byliśmy sobą: kwitnącą Europą, centrum świata, któremu ciężko było w jakikolwiek sposób zagrozić. Aby zrozumieć, jak ważne jest istnienie tradycji i kultury narodowej (w której skład, jak już wspomniałem wchodzi wiara) podam prosty przykład — naszą historię. Historię, w której wychodziliśmy spod buta zaborców dzięki kultywowaniu polskości. Trwanie kultury, pielęgnacja tradycji, zapewniły nam narodową nieśmiertelność.

Wracając do tradycji — nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy porzuciliśmy ją w myśl globalizacji. Dziś widzę ludzi, którzy w Wielki Piątek, jeden z najważniejszych dla katolików dni w roku, siedzą beztrosko w kebabie, zajadając się bułką z pieczoną baraniną. Jedzą, piją, bawią się, kiedy resztka „zacofanych i staroświeckich” ludzi gnieździ się w kościele, patrząc na krzyż, na którym umarł ich zbawiciel. Nasz zbawiciel. Dziś widzę ludzi, którzy zaczynają traktować większość tradycji jako kolejną sprawę do odhaczenia. Wszyscy gdzieś pędzą, coś robią, wiecznie brakuje im czasu. Mnie również brakuje czasu, stąd zauważyłem, że zaczynam traktować święta tak samo. Przyjdę, posiedzę z rodziną, a potem pognam do swoich zajęć, nadrabiając świąteczne zaległości. Może jednak jest to wina ludzi, do których się przystosowałem? Zauważyłem, że od kilku lat każdy z kim miałem styczność traktował święta z dystansem. Kiedy byłem młodszy, święta były czasem ekscytującym, dziś nie widzę w niczyich oczach tego zapału. Nie wiem, może my się po prostu wypaliliśmy i zmęczyliśmy swoim towarzystwem. Może inni myślą inaczej, chociaż chodząc po galerii w poszukiwaniu prezentów, widziałem na twarzach innych osób ten sam wyraz. Wyraz irytacji, że znów trzeba wypełnić ten przykry obowiązek i zakupić skarpetki, koszule i inne duperele, z których obdarowana osoba i tak nie będzie zadowolona. I myśl. Myśl, jaki tandetny prezent dostaną w tym roku. Globalizacja. Kto by dziś myślał o świątecznej atmosferze i radości rodzinnej, kiedy z każdej strony krzyczą do nas reklamy znanych marek oferujących niezwykle atrakcyjne promocje, na których na pewno zaoszczędzimy. Globalizacja. Zamykanie nas w świecie cieknącym tłustymi frytkami z McDonalds, pachnącym mrożonym kurczakiem, którego jedząc wpatrujemy się w wielki ekran, szukając słomką od „bez cukrowej” Coli ust. Siedząc na markowym krześle, w markowych ciuchach prosto od hinduskich dzieci, które nie mają wody, ale nie przeszkadza im to w posiadaniu smartfona.

Globalizacja, którą w końcu zabije islamska inwazja, oferując ludziom normalny świat, jaki znali ich dziadkowie sprzed ataku globalizacji na chrześcijańską Europę i jej odwieczne tradycje oraz wartości. Najgorsze jest jednak to, że dotyka ona każdego z nas – nawet tych, którzy się przed nią bronili. Chciałeś to masz, nawet jak byłeś przeciwko…

***

Historyjka z Wielkiej Soboty. Nie zmieniałem narracji, żeby nie zepsuć odbioru.

Dzisiaj przyszła mi do głowy historyjka, którą miałem przerodzić w opowiadanie, ale stwierdziłem, że ozdobienie krótkiej myśli w kilkaset słów lania wody nie będzie zbyt ciekawe. Mianowicie, jak w każdą Wielką Sobotę planowałem wyprawić się ze święconką pod figurkę. Mam dość specyficzne poczucie humoru (da się zauważyć, prawda?), więc w swoim stylu żartowałem, mówiąc do rodziny, że powinniśmy włożyć dwie kiełbasy więcej do koszyczka, żeby sąsiedzi widzieli, że w domu jest dobrobyt i szlachtę stać na wyżerkę. Jako że na dworze matka natura pośpieszyła się z lanym poniedziałkiem, zawołałem, żeby podali mi reklamówkę, którą przykryję koszyk, coby mi ta kiełbaska nie trącała deszczówką w niedzielę. Przypadkowo dostałem reklamówkę z logiem znanej (i dość drogiej) firmy. Pochwaliłem więc wybór — niech sąsiad widzi, gdzie się szlachta ubiera!

Wszystko to mówiłem oczywiście w żartach, nie mam potrzeby wywyższania się, zwłaszcza że nie za bardzo mam czym. Słuchałem jednak wczoraj wywiadu z rosyjskim trenerem Legii Warszawa, gdzie wspomniano o różnicach polsko-rosyjskich i pewnych kompleksach. Mianowicie, że Polacy zawsze są smutni, pesymistycznie nastawieni i jak tylko wyjadą, narzekają, jak to u nas jest źle — najgorzej. Jak bardzo kocham naszą ojczyznę, tak muszę się z tym zgodzić, jest to często spotykany kompleks wśród rodaków. Innym jest właśnie kompleks sąsiada. Odwieczna wojna z Kargulem zza płota o to, kto jest lepszy i ma więcej. Pomyślałem o tych swoich żartach. Potem o osobach, które znam, a którym mogę przypisać taki kompleks (to naprawdę okropne, czasami jadąc rowerem po wioskach można bez problemu rozpoznać takie domostwa walczące z sąsiadami), a na końcu o osobach, które — nawiązując poniekąd do tematu upadku chrześcijańskiej kultury — urządziły sobie z kościoła i niedzielnej mszy świętej „targ kościelny”, na którym pokazują najnowsze ubrania. Głównie z tego względu nigdy nie mogłem ustać godziny wewnątrz kościoła. Smród dziwacznych perfum wylewanych na najnowsze futra powodował u mnie odruchy wymiotne.

Tak myślałem, myślałem, i wiecie co? Stwierdziłem, że całkiem możliwe, że gdzieś w tym kraju jest taki – dajmy na to – Tomek, który wyjście ze święconką traktuje jako kolejną okazję do odniesienia zwycięstwa w sąsiedzkiej wojnie. Wrzuca do dużego koszyka trzy pęta kiełbasy, cały matles jajek, pół chleba, szklankę soli i pieprzu, słoik chrzanu i największego dostępnego w sklepie cukrowego baranka. Albo dwa, żeby spotęgować efekt. Potem wkłada wypolerowane buty znanej włoskiej marki, martwiąc się trochę, czy jego biedni i zaściankowi sąsiedzi na pewno skojarzą, jak drogie są jego buty. Nie. Jednak włoży Nike, ale takie lepsze, za 800 złotych. Pasują do spodni Lewisa i koszulki Ralpha Laurena. Na siebie zarzuca kurtkę Lacoste, szalik Pierre Cardin. Czapki nie bierze, bo musi pokazać modną fryzurę (sąsiad już łysy, to będzie zazdrościł). Wychodząc, przypomina sobie, że warto podjechać pod figurkę swoim najnowszym samochodem. Trochę bije się z myślami i jednak stwierdza, że jeszcze go zarysuje – lepiej wystawić na dwór, żeby sąsiad wychodząc z domu, widział, jak pięknie prezentuje się w strugach deszczu. Co prawda wczoraj był na myjni, ale stać go, żeby podjechać drugi raz. W końcu na coś trzeba wydać najnowszy kredyt…

Wyobraziłem sobie, jak stoję przy figurce i patrzę na takiego palanta, myśląc: cholera, jakie on musi mieć przykre życie. Potem dotarłem na miejsce, postawiłem swój skromny, zaściankowy koszyczek z jedną kiełbaską, na stoliku do poświęcenia i upewniłem się, że żaden „Tomek” nie znajduje się w pobliżu. Nie było go. Wiedziałem, że los znalazł mi dobre miejsce do życia.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Poświąteczna rewizja. Stojąc na skraju cywilizacji

  1. Dziś niestety święta to nie wielkie wydarzenie, do tego jeszcze religijne. Dzisiaj każde większe wydarzenie; historyczne, religijne, czy inne, to ogromna komercjalizacja i nagabywanie na kasę, na to, żeby się jak najlepiej pokazać. To takie odstawianie szopki, jakby na co dzień tego było mało.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s