Populistyczny świat zniszczonych marzeń


Każdy z nas marzył o byciu kimś wielkim. Jako kilkuletnie dzieci snuliśmy plany na przyszłość, które były dużo bardziej rozbudowane i szczegółowe niż te głoszone przez nas po skończeniu szkoły średniej. Dziś większość z nas jest rozczarowana, że nie widzi siebie w telewizji. Większość, oprócz tych, którzy siebie w telewizji widzą. I tych, których to nie obchodzi, bo znaleźli alternatywne źródło szczęścia.

Ja też marzyłem o byciu kimś wielkim. Mówiłem swojej babci, że zostanę najlepszym piłkarzem na świecie i będzie dostawała moje koszulki z meczów reprezentacji. Marzyłem o tym kopiąc piłkę o ścianę warsztatu mojego dziadka. A potem się rozczarowałem. To zadziwiające, że nie zauważyłem tego rozczarowania wcześniej. W końcu dziadek prowadzący swój mały warsztat też mógł marzyć o byciu piłkarzem. Nigdy go o to nie spytałem, chociaż szczerze mówiąc nigdy nie spytałem nikogo mi bliskiego, o jakim zawodzie marzyli w wieku sześciu lat. W każdym razie chodzi o to, że młodość to czas wielu rozczarowań, których początkowo nie zauważamy pomimo wyraźnych sygnałów ze strony otoczenia. Bo nie chcemy. Albo nie potrafimy. Nasze wyobrażenia o świecie pękają jak mydlane bańki. Najpierw dowiadujemy się, że święty Mikołaj nie istnieje, a prezenty dostawaliśmy, wtedy kiedy nas nie było (albo spaliśmy), bo przynosili je rodzice. Później oznajmiają nam, że nie przyniósł nas bocian, tylko wyszliśmy gdzieś z wnętrza naszej mamusi, chociaż nie wiemy do końca jak to było możliwe. Następnie okazuje się, że nauka od pewnego momentu przestaje polegać na liczeniu słoneczek i pisaniu „hipopotam” przez odpowiednie „h”. Domino sypie się jak oszalałe i poprzez uświadomienie nas o konieczności zmodyfikowania naszych życiowych planów usuwając z nich punkt, w którym strzelany gola Realowi Madryt w finale Ligi Mistrzów, dochodzimy do momentu, w którym z przykrością stwierdzamy, że na markowe ciuchy, fajne buty i zajebisty zegarek musimy naprawdę mocno zapracować.

Kiedyś słyszałem, że to wina mediów. Tworzenie „elit”, wyznaczenie trendów i promowanie pewnych osób to nic innego jak narzucanie nam autorytetów, które później chcemy naśladować. O ile trzeba się zgodzić z tym, że mniej więcej w ten sposób działa świat i stąd biorą się nasze marzenia, to niestety zrzucenie winy na telewizję i gazety jest mylnym kierunkiem. Przecież siedemset lat temu do ludzi zza szklanych nie gadali wystrojeni konferansjerzy a mimo dzieciaki biegały z drewnianymi mieczykami marząc o byciu wielkimi wojownikami i rycerzami. Oni także nie mieli wówczas pojęcia o tym, że nie będą chodzić w błyszczącej zbroi i jadać w królewskich salach. Media jedynie rozbudziły te marzenia, sprawiły, że przybrały one większą skalę — bo dziś w przeciwieństwie do średniowiecza panuje przekonanie, że każdy może odnieść sukces. Wpajają nam to poprzez wzruszające historię, poprzez „America’s got talent”, trenerów personalnych, psychologów, autorytety, książki pełne porad i tak dalej. I ludzie w to wierzą. Charles Bukowski powiedział kiedyś, że szkoły uczą nas, że możemy być wielcy, ale nikt nie wspomina o rynsztokach, samobójstwach, wariatach, alkoholikach, a nawet zwykłych, szarych ludziach. Tymczasem już nie tylko małe dzieci chcą być jak ich idole z pierwszych stron gazet. Moment rozczarowania przesuwa się niebezpiecznie do przodu. Nie mówię, że to źle wierzyć w siebie. Źle jednak jest żyć w sferze młodocianych marzeń oderwanych od rzeczywistości. Złe jest to, że w procesie pękania mydlanych baniek ludzie, którzy powinni być na etapie „ciuchów, na które trzeba zapracować” wciąż pozostają na etapie „nie zostanę sławnym piłkarzem”. Rozczarowanie boli wtedy znacznie bardziej, bo nie jesteśmy już dziećmi, które po prostu wymyślą sobie coś innego.

Mam żal do świata o to, że niszczy marzycieli. Najpierw karze im dryfować wśród pięknych snów, a potem kopnięciem w dupę strąca ich na ziemię. Nie każdy dobrze to znosi. Dla wielu osób zderzenie z rzeczywistością powoduje ograniczenie swoich potrzeb i ambicji życiowych. Sukces nie jest pisany każdemu. Ile procent populacji zdołało się wyrwać ze średniej szarej codzienności i wejść na wyższy poziom? Niewielu. A jeszcze mniejszy procent stanowią ludzie sukcesu i autorytety będące wartościowymi osobami dla społeczeństwa. Dziewczynki są zachwycone gwiazdami muzyki, które przekazują dalej płytki populizm. Tak działa społeczeństwo. Przewijając tablicę na facebook’u przyleciał mi przed oczami wywiad z Grzegorzem Turnauem. Nie czytałem go, ale w zajawce były słowa Pana Grzegorza. O tym, że miał po prostu szczęście, bo go zauważono. Komuś spodobały się jego dwie piosenki i tak trafił na półkę z muzyką mojego taty i tysiąca innych ludzi. Pan Grzegorz jest dla mnie artystą wartościowym, chociaż nie jestem jego fanem. To inny rodzaj artystów niż Katy Perry. Dla takich nie ma już miejsca w świecie autorytetów i idoli dla młodzieży, bo niesie ze sobą nakaz zmuszenia słuchacza do myślenia. Tacy artyści muszą być w większości odrzucani przez mass media, bo dziś nie sprzedadzą się tak dobrze, jak pustaki. Dziś nie chcemy myśleć. Nie chcemy zrobić kotletów, wolimy dostać je na talerzu. A najlepiej jeszcze, żeby ktoś nam go przeżuł i przecisnął do żołądka. W życiu chodzi o to, żeby szukać. Uwielbiam słuchać takiej muzyki. Która karze mi szukać, przekopać Internet kilka razy, zanim zorientuję się, o co chodziło autorowi. W ten sposób poszerzam horyzonty wiedzy. Dzięki temu, że usłyszałem jakiś kawałek w serialu znalazłem go na youtubie, później zagłębiłem się w tekst i tak dotarłem do czytania o irlandzkiej wojnie o niepodległość. Internet jest wspaniały i straszny. Straszny, bo został użyty w złym celu. Żeby promować prostotę. Ilu artystów uznawało międzynarodową sieć za możliwość promocji? Niestety artyści zostali brutalnie odsiani od zwykłych muzyków i podrzędnych grajków. Najpiękniejsze utwory, które znajduję najczęściej mają maksymalnie milion wyświetleń. Dużo? W skali prawie 7,5 biliona ludzi na świecie milion osób interesuje się, albo przynajmniej trafiło na kawałki niosące ze sobą jakieś przesłanie, śpiewaną poezję. Czasami głupawe filmiki głupawych youtuberów mają więcej wyświetleń. Jeśli ktoś obserwuje nas z kosmosu i może sprawdzać takie statystyki to na pewno nie ma o nas dobrego zdania.

Ludzie wybitni często giną w tłumie. Umierają za swoją ambicję, cierpią za ponadprzeciętność. Media uwielbiają historie z serii „od zera do milionera”, ale smutne jest to, że na jednego, który dojdzie do milionera stu innych zostanie przy zerze. A my, którzy walczymy o myślenie i szukanie, jesteśmy na takiej samej, przegranej pozycji. Nie wygramy z masą, możemy tylko ze złością zajadle tłuc w jej tłusty, spasiony brzuch. Ona nic nie odczuje i nawet nas nie zauważy. Przejedzie po nas jak walec i przetoczy się dalej. Od nas zależy jednak, czy pozbieramy się po zderzeniu z rzeczywistością i masą. Czy damy radę wznieść się na wyżynę swoich umiejętności i dostarczyć milionowi osób powód do myślenia, czy raczej damy sobie spokój i smutni osiądziemy w niewygodnych fotelach obserwując groteskowe telewizyjne show? Jarosław Jaruszewski w niedawnym wywiadzie stwierdził, że chociaż nie zmieni całego świata nie zrezygnuje z nauczania kilkuset tysięcy jednostek. Jestem tego samego zdania. Nie zrezygnuję, nawet jeśli nie będę miał z tego pieniędzy na oprocentowanie moich myśli. Chociaż, może sięgam za daleko. Jego teksty są w końcu perfekcyjnym materiałem edukacyjnym. Nie wiem, czym moje wiersze, opowiadania i wpisy skłaniają do zastanowienia się nad pewnymi sprawami. Nie wiem nawet, czy faktycznie są tak dobre, jak mówią znajomi. Nie wierzę im, bo jeśli powiedzą, że nie są, mogą utracić kolegę od piwa, a to zbyt duże ryzyko. No cóż, jeśli jednak okaże się, że nie to przerzucę się tułaczkę po lokalnych warsztatach samochodowych.

PS. I nigdy nie zakocham się w dziewczynie, która słucha disco polo.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Populistyczny świat zniszczonych marzeń

  1. Nie do końca w takim razie rozumiem co masz na myśli. Czyli marzyciele etc., giną w tłumie, a kiedyś było lepiej albo inaczej? Albo, że każdy ma marzenia, ale trudno jest je zrealizować? Albo, że nikt nikogo za rączkę nie będzie brał i to jest smutne? Może dlatego właśnie wyjątkowość jest tym, czym jest, bo nie jest dla każdego i każdy, kto osiągnął cokolwiek i marzył, żeby zostać nie wiadomo kim musiał przejść przez te wszystkie fazy opluwania, zniechęcania i reszty, żeby mógł stanąć na piedestale w chwale? Bo przecież są jacyś piłkarze, nie?

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s