Zimowo-noworoczne przemyślenia


Cześć po raz drugi w 2016. W zasadzie to po raz pierwszy, bo poprzedni tekst powstał jeszcze w roku poprzednim. Styczeń to taki dziwny miesiąc, przejściowy. Niektórzy są w połowie zimowego snu, niektórzy na sen nie mają czasu. Ja jestem gdzieś pośrodku, więc premierowy tekst dodaję w trzecią, środkową, niedzielę miesiąca. Będzie więcej literek, więcej muzyki i więcej zdjęć niż zwykle.

Nie jest tak, że się rozleniwiłem i zapomniałem o moim małym internetowym kąciku. Chociaż w sumie trochę jest. Od początku 2016 roku nie wydarzyło się nic szczególnego, ani też nie robiłem niczego szczególnego. Skupiłem się na typowo męskich zajęciach — oglądaniu dwudziestu dwóch szaleńców, którzy przez dziewięćdziesiąt minut ganiają za okrągłym kawałkiem materiału, graniu w przeróżne gierki (zachorowałem na nowy wirus grypy), przekopywaniu youtube’a w poszukiwaniu nowych durnych filmików z kotami i podziwianiu talentu Ala Pacino w klasykach gangsterskiego kina. Dodałem do tego parę mniej męskich zajęć — czytanie książek (strasznie mnie boli, że nie jesteśmy z tym utożsamiani, ale cóż, nie doliczyłbym się ile lektur przeczytała w ciągu poprzedniego roku moja mamuśka, a mój tatko w tym samym czasie nie potrafił skończyć 350-stronicowej, drugiej części Nekroskopu), skrobanie wierszy i zamiana trunku z Perły Export na Cisowiankę niegazowaną. Być może ta zamiana zatrzymała moją twórczość, bo w końcu myśli oprocentowane powinny być oprocentowane… Cóż, czasami jest jednak tak, że wystarczy zjeść domową zapiekankę i wena wraca. Zjadłem. Wróciła.

Tak jak wspomniałem na początku, styczeń to dziwny miesiąc. Większość świata skupia się na podsumowaniach poprzedniego roku i szukaniu motywacji na kolejne dwanaście miesięcy. Jako że żyję muzyką sprawdziłem wiele tego typu zestawień przypominając sobie poprzedni rok. Osobistego podsumowania ani muzycznego, ani jakiegokolwiek innego nie robiłem. Szczerze mówiąc najchętniej wymazałbym 2015 rok z pamięci. Był pod każdym względem nieudany. 2016 nie daje nadziei na rewolucyjne zmiany i wątpię, że będzie lepszy, a mimo to zacząłem go mocno zmotywowany — po prostu. Obudziłem się pierwszego stycznia z pozytywnym nastawieniem skreślając pierwszy z 365 dni w nowym roku. Kolejne siedemnaście również mnie nie rozczarowało, nic nie zburzyło obiecującego początku. To pewnie kolejny z powodów długiej nieobecności. Wiadomo, że łatwiej się krytykuje niż chwali, a że nie miałem na co zrzędzić, nie miałem też o czym pisać. Nawet zima mnie nie denerwuje, a zwykle nie mogłem się zdecydować czy pasuje mi, gdy pada śnieg, czy jednak wolę nie przekopywać się przez zaspy. Uznaję to za kolejną dobrą prognozę.

Nie zmieniło się jedno — dalej jestem zmęczony i znudzony otoczeniem. Przewijając facebookową tablicę trafiłem dzisiaj na genialne zdjęcie jakiejś rumuńskiej wioski. Jest po prostu świetne.
1507265_742266259188181_1658091016225012006_o
Nie potrzeba wyszukanych efektów, nieziemskich krajobrazów, czy szczęśliwie uchwyconej chwili, żeby wykonać dobrą fotografię. Czasami wystarczy kamienno-drewniana chatka, babcia w chustce na głowie i lekko zaśnieżona stodoła. Jeśli miałbym jakiekolwiek postanowienie albo życzenie noworoczne byłoby nim zamieszkanie w takim miejscu na jakiś czas. Niekoniecznie na wieczność, wystarczy miesiąc, trzy miesiące, tak, żeby oderwać się od obecnego życia. Sto razy bardziej wolałbym przejmować się tym, czy dałem jeść kurom, niż tym, czy mam wyprasowaną koszulę. Jestem „wiejskim chłopakiem”, ale moja rodzinna miejscowość nie jest zaciszem świata. Co prawda z okna widzę piękny, mały lasek i okoliczne łąki, jednak kawałek dalej jest już ruchliwa droga i tory kolejowe. Wieś jest typowo podmiejska — gospodarstwa posiada niewielka liczba osób, domy są nowe, a sąsiedzi jeżdżą samochodami wyprodukowanymi w XXI wieku. Życie toczy się tu w podobnym do miejskiego tempie, nie więcej jak dziesięć kilometrów od mojego rodzinnego domu można natknąć się na strefę ekonomiczną ulokowaną na przedmieściach. Nie ma porównania z tym, co widać na tych zdjęciach. Niestety.

                                                     Więcej zdjęć Stefana Beli TUTAJ

Niewiele osób wie, że jednym z moich wielkich marzeń jest podróż po Stanach Zjednoczonych. Nie chcę jednak pstrykać sobie fotek na plaży w Miami, spacerować po ulicach gwiazd w Los Angeles, ani kupować koszulek z napisem „I love New York”. Chciałbym zwiedzić amerykańskie lasy. Wiele osób pomyśli sobie pewnie, że jest to co najmniej dziwne marzenie. Kiedy patrzę na te zdjęcia, nie mam żadnych wątpliwości.

Na świecie jest zapewne wiele piękniejszych miejsc. Polskie lasy również są niesamowite, mamy piękne krajobrazy, ale nie pociągają mnie tak jak te z fotek wyżej. Cholera wie dlaczego. Czuję, że są to odizolowane od wielkiego życia miejsca. Miejsca, w których chciałbym po prostu położyć się i patrzeć. Tak samo, jak w tej rumuńskiej wiosce. Mógłbym po prostu siedzieć tam, jeść robiony w piecyku chleb i pisać. Coś pięknego. Odciąć się od tej całej polityki, wojen, ciągłego sprawdzania najnowszych wiadomości, w jakimś stopniu również od mediów społecznościowych, bo telewizji i tak nie oglądam, z wyjątkiem występów cenionych przez mnie osób. Zabrałbym ze sobą stos książek i płyt i w spokoju zaszył się gdzieś pomiędzy drewnianymi chatkami. Tam nawet wstawanie o szóstej rano byłoby długo wyczekiwanym i przyjemnym codziennym wydarzeniem. Denerwujący dźwięk budzika łagodziłoby jedno spojrzenie za okno, wyjście przed dom i chwila napawania się widokiem znad porannej kawy.

Fajnie jest sobie pomyśleć o czymś takim. Nic dziwnego, że ludzie żyją tam dłużej. Nie muszą martwić się ilością wyświetleń na blogu ani ilością followersów na instagramie. Nie mają wygodnego życia. Mają coś znacznie cenniejszego — szczęśliwe życie. Czasami nie wiem czego chcę bardziej. Wygody, czy szczęścia. Wygoda to przynajmniej pięciocyfrowa kwota na koncie, ale da się to połączyć z przyjemnością. To nieprawda, że pieniądze nie dają szczęścia. Dają, jeśli zarabiasz je po to, żeby spełniać swoje marzenia. Dają, jeśli zarobisz je po to, żeby wziąć półroczny urlop i pojechać z aparatem i kilkoma gratami na tournée po amerykańskich lasach. Dają, jeśli wrócisz stamtąd tylko po to, żeby pojechać do rumuńskiej wsi i pisać, kontynuować w niej pisanie książki, po której będziesz mógł wziąć kolejny półroczny urlop od wielkiego świata. Fajnie jest sobie pomarzyć. Ale kto powiedział, że marzenia nie mają się spełniają? Jednak mam postanowienie. Wykorzystam motywację, żeby w 2016 roku poczynić kroki ku wygodnemu i szczęśliwemu życiu.

Miało być więcej muzyki, więc będzie. Kilka kawałków. Pierwszy odwołuje się do tematyki ucieczki do krainy ze zdjęć Beli. Jeden z moich ulubionych polskich artystów.

Drugi  nawiązuje do wspomnianych w tekście podsumowań, w których ten konkretny wykonawca pojawiał się na czołowych miejscach. Nie słucham polskiej muzyki, poza rapem, ale ten gość sprawia, że zacznę. Przy okazji pasuje tematycznie do Myśli Oprocentowanych.

Trzeci, to pierwsze co kojarzy mi się z wycieczką po amerykańskich lasach.

A czwarty to po prostu The Rolling Stones o zimie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s