Okraszona piwem historia współczesnego mężczyzny [OPOWIADANIE]


Nadeszła długo wyczekiwana chwila. Mój debiut literacki. Póki co bardziej „debiut” – bo zamieszczam go na swoim własnym blogu. W każdym razie jest to na pewno najciekawsze wydarzenie polskiej literatury/blogosfery w 2016 roku. I wcale nie dlatego, że mamy dziś pierwszy stycznia. Zapraszam do lektury okraszonej piwem historii współczesnego mężczyzny.

Strużka krwi spływała mi po policzku ze świeżo otwartej rany. Szybkie golenie prawie zawsze kończyło się zacięciem na twarzy. Dziś niesłusznie liczyłem na prawie. Nie miałem czasu na głupoty. Noc budziła nas do życia, jakbyśmy byli jakimiś pieprzonymi nietoperzami-wampirami. Scenariusz był zawsze taki sam. Ospały, ciężki i znudzony po całym piątku spędzonym na przesuwaniu kartonów, o których zawartości już dawno zapomniałem w tym monotonnym trybie pracy, wracałem do domu rzucając się na kanapę jak na rozpalone ciało dwudziestoletniej modelki. Wszystko było cudowne, dopóki zegar nie pokazał 19:00. Zapadający powoli zmrok działał na mnie jak kofeina. Reszta stada w tym samym momencie dała znak do wyjścia na polowanie. Horda wygłodniałych pracowników pobliskich fabryk i magazynów opuszczała legowiska kierując się w stronę najbliższego baru. Najpierw jednak musiałem w biegu skompletować garderobę i zgolić z twarzy tygodniowy zarost. Niewdzięczne zadanie. Znałem wszystkie te czynności, kolejność i czas ich występowania na pamięć a mimo to za każdym razem zabierałem się do nich w ostatniej chwili. I prawie zawsze się zacinałem. Szorując zęby elektryczną szczoteczką obserwowałem krew wypływającą z małego czerwonego punktu jak lawa z wulkanu. Miejsce zacięcia zaczęło powoli zasychać tworząc niewielki strup. Wyplułem pastę i ostrożnie zmyłem nierówną, szmaragdową linię z twarzy. Spojrzałem nerwowo na zegarek wiedząc, że nie zostało mi dużo czasu. Zakląłem w myślach i rzuciłem się biegiem do sypialni. Otworzyłem wszystkie szafy i w trzy minuty wybrałem strój wieczorowy. Składał się on, jak zwykle, z czarnych spodni jeansowych, których i tak nie rozróżniałem, oraz pierwszej lepszej koszuli, również czarnej. Biegając po domu w poszukiwaniu portfela i telefonu przypomniałem sobie, że w skład wyjściowego ubrania wchodzą również skarpetki. Spojrzałem na zegarek. Zostało dziesięć minut, więc dorwałem jakąś parę i skacząc na jednej nodze wciągałem je na stopy. Nie chciały wejść. Wkurwiłem się, cisnąłem nimi ze złością przez pokój, zabrałem leżący na stoliku pod gazetą portfel i telefon po czym spokojnie skierowałem się w stronę drzwi. W klubie jest przecież ciemno, głośno i duszno. Kto do cholery zwróci uwagę na to, czy mam na sobie skarpetki? Wsunąłem buty na gołe stopy i starannie zasłoniłem białe kostki czarną, nieco wystrzępioną nogawką. Odetchnąłem z ulgą ciesząc się krótką chwilą wytchnienia i wyszedłem uprzednio zamykając drzwi. Trzykrotnie sprawdziłem, czy na pewno o tym pamiętałem. Klucz wsunąłem pod wycieraczkę, w której wydrążyłem scyzorykiem małą kieszonkę i zbiegłem po zimnych, kamiennych schodach. Miałem wątpliwą przyjemność zaznać ich zimnego objęcia, gdy kilkukrotnie nie zdołałem dotrzeć pod drzwi i wyciągnąć klucza z kieszonki pod wycieraczką. Mimo to sąsiedzi darzyli mnie sympatią. Przynajmniej tak myślę, bo zdarzało się, że budziłem się przykryty jakimś kocem z butelką wody obok głowy. Nigdy nie pytałem ich jednak jaki hałas robiłem wracając z takich wypadów a oni nigdy mi o tym nie opowiadali. To był uczciwy układ.

Wychodząc z klatki zauważyłem już nadjeżdżający samochód moich kumpli. Byłem święcie przekonany, że każdy zna już czerwoną Corollę, która w piątkowy wieczór podjeżdża pod kluby. Prawda jednak była taka, że do czasu pęknięcia pierwszej flaszki nie znał nas nikt. Kiedy wsiadłem do auta przez chwilę siedziałem w ciszy, żeby zbadać, czy zauważą, że nie mam skarpetek. Chyba udało mi się to dobrze ukryć więc dołączyłem do rozmowy. Czterech muszkieterów zajechało pod swój ulubiony bar. Tam nas znali. Barman na wejściu powitał nas serdecznym śmiechem i jakimś beznadziejnym żartem z rękawa. Lubiłem tego gościa, ale jego żarty były fatalne i za każdym razem brzmiały tak samo. W każdym razie wpisały się już w tradycję naszych wyjść, tak samo, jak trzy piwa na głowę, które sprzedawał nam nieco taniej niż pozostałym klientom. Nasz kierowca nie pił, jak zwykle. Dziwny gość, który potrafi bawić się bez alkoholu, ale w każdej ekipie potrzebny jest taki człowiek, żeby pospolity naród robotników-alkoholików mógł w pełni oddać się rozkoszom wieczoru otwierającego weekend. Browar wypiliśmy szybko, jak zawsze, bo tylko wtedy udawało nam się delikatnie nim wstawić. Po godzinie w barze wyruszyliśmy dalszym szlakiem szukając średnio zatłoczonego miejsca, w którym można było spotkać całe rzesze kobiet. Łowy w klubach udowodniły mi, że matematyka jest potrzebna w życiu. To wszystko jest jak równanie — im więcej kobiet (k) tym większe prawdopodobieństwo, że duży procent z nich będzie w miarę wyględny (p – piękne ludzie istoty) i będzie można odsiać je od turystek z Niemiec (b, jak brzydkie, więc k-b=p). Potem od pięknych trzeba odjąć te, które się nami nie zainteresują (ś — ślepe) i zostaną te, które się nami zainteresują (g — mające dobry gust). P-ś=g. Dopiero po takiej wyliczance możemy wyłonić naszą dzisiejszą towarzyszkę wieczoru (m, jak miłość, ale tylko na dziś rzecz jasna) i, co ważniejsze, nocy. Trzeba wiedzieć, że nie każda g będzie chciała nią zostać, więc otrzymujemy kolejne równanie. G-o (odrzucone w wyniku naturalnej selekcji)=m. Dlaczego nie wybieramy klubów, w których są największe tłumy skoro tam jest więcej kandydatek na m? Prosta zasada. Ilość podobnych nam wygłodniałych wilków wzrasta wprost proporcjonalnie do ilości soczystych owieczek. I co, powiesz jeszcze kiedyś, że na lekcjach matmy marnujesz swój czas?

Dojechaliśmy. Tak naprawdę nie lubię klubów. Chodzę tam tylko dla dup. Kluby są cholernie nudne. Trzy godziny dłużą się w nieskończoność. Taniec, piwo, taniec, piwo, chwilę pogadasz, piwo, drink dla niej, taniec, pogadanka, szukasz nowej, taniec, piwo, szukasz nowej, pogadanka, stawiasz jej drinka, nie pijesz już piwa, żeby zachować siłę na jedzenie owieczki. Tym razem nie było inaczej, ale w końcu trafiliśmy na całkiem niezłą muzykę. Początkowo przeraziło mnie, że sala zdominowana jest przez bardzo młode dziewczyny. Niby nie jestem od nich wiele starszy, ale mimo wszystko dzisiejsze polowanie mogło zakończyć się porażką. Chwilę pogadaliśmy w czwórkę ustalając pewne sprawy, żeby nie wejść sobie w paradę i jakoś przeżyć dzisiejszy wieczór. Na kumpli mogłem liczyć zawsze. Pamiętam jak kiedyś wdaliśmy się w porządną awanturę. Dostałem mocnego sierpowego od jakiegoś gościa i pewnie na tym by się nie skończyło, gdyby nie szklanka, którą na jego głowie rozbił jeden z moich przyjaciół. Później wszystko rozkręciło się do rozmiarów latającego wyposażenia baru. Zanim ochrona opanowała towarzystwo zrobiliśmy porządny bałagan. Oczywiście wszystkich nas wyrzucono, a my musieliśmy wyleczyć nasze pokiereszowane twarze, wyprać ubrania i dorzucić się do składki na pokrycie strat razem z drugą stroną konfliktu. Mimo wszystko dobrze to wspominam. Utwierdziłem się w przekonaniu, że zadaję się z właściwymi ludźmi, a cena paru szwów za taką gwarancję nie jest ceną przesadnie wygórowaną. Dziś wolałem jednak uniknąć kolejnych szwów. Nie miałem odpowiedniego nastroju na chirurga.

Mimo dobrej muzyki dziewczyny były jakieś smętne. Zmęczone życiem, chowające gdzieś w swoich wypełnionych basem z głośników główkach, swoje małe, popękane serduszka. W sumie też taki byłem, może tylko bez małego popękanego serduszka. W końcu znalazłem swoją wybrankę i jakoś udało mi się utrzymać z nią kontakt wystarczająco długo, by zabrała mnie do siebie. Jak mawiał klasyk, z cudzego domu zawsze można uciec, więc zawsze to ja byłem czyimś gościem. Jadąc taryfą uświadomiłem sobie, że naprawdę fajna z niej dziewczyna. Pomijając już wygląd zewnętrzny… no dobra nie jestem w stanie tego pominąć. Nie była zbyt wysoka, dałbym jej maksymalnie 170 cm wzrostu, ale byłaby to zapewne przesada. Miała bardzo jasne blond włosy, ale nie tlenione. Małe, zielone oczy pasowały do małej, ładnej buźki i małej, zgrabnej figury. Była naprawdę urocza w tej swojej małości. I miała śliczny, szczery uśmiech. Cholera, zacząłem myśleć jak zakochany… Wracając, była bardzo fajną dziewczyną. Zwykle takie, które zabierają Cię do domu są bezpłciowe. Nie mają w sobie prawdziwej kobiecości, tylko wymuszoną, okraszoną erotycznością „kobiecość”, która pozwala im czuć się lepszą od reszty. Ona była kobieca w tym właściwym znaczeniu, a do tego niezwykle rozgadana. O dziwo nie była to wada. Często rozgadane kobiety pieprzą trzy po trzy, byle tylko pieprzyć. Mówią, mówią i mówią a Ty w połowie ich wywodów analizujesz już w myślach grę Manchesteru United w ostatnim ligowym spotkaniu. Przy niej nawet na chwilę nie pomyślałem o United, a usta jej się nie zamykały.

Wysiedliśmy z taksówki. Kiedy płaciłem kierowcy rzucił jakiś śmieszny tekst, którego niestety już nie pamiętam. W każdym razie — chodziło właśnie o jej gadulstwo. Jak widać nie tylko mnie oczarowała. Wchodząc po schodach obserwowałem jej falujące długie włosy i zgrabny tyłek. Nie wyróżniał się niczym w tłumie, nie był jakoś nadzwyczajnie napompowany i wielki, ale i tak sprawiał świetne wrażenie. Wydawało mi się, że wszystko w niej jest idealnie dopasowane. Zrównałem się z nią na schodach próbując wyczuć zapach jej perfum. Nic z tego, czułem tylko zapach wypitego wcześniej piwa co i tak bardzo mnie cieszyło. Rozmawialiśmy przez całą drogą do jej mieszkania. Było ładnie wykończone. Niezbyt wyszukane ozdoby, prosto i skromnie. Być może spodobało mi się dlatego, że było po prostu miłą odmianą po tygodniu spędzonym w mojej zawalonej stertami ciuchów i niepotrzebnych rzeczy klitce. Kiedy stanąłem na korytarzu i schyliłem się, żeby zdjąć buty przypomniałem sobie o tych cholernych skarpetkach. Na szczęście blondyneczka rozładowała mój stres zapewniając mnie, że nie muszę ściągać butów. Udawałem, że jednak chcę to zrobić, żeby myślała, że mnie przekonała.

Długo gadaliśmy pijąc jakieś wino. Przebiegła mała owieczka pokonała wilka, który zaprzyjaźnił się z nią, zamiast ją pożreć i wrócić do stada. Nie zwracałem już nawet uwagi na dzwoniący telefon, który wibracjami przekazywał mi wiadomości od kumpli:
Odbierz
– Ty chuju

– Odbieraj telefon
– No naciśnij, kurwa, zielone
– Dobra, jedziemy bez Ciebie
– Ale na paliwo i tak dorzucasz się jak za dwa kursy
Mniej więcej tak to sobie wyobrażałem. I mniej więcej takie wiadomości zastałem nagrane na poczcie głosowej nazajutrz. Wcześniej jednak spędziłem upojną noc z drobną blondynką ratując swoje wilcze ego mężczyzny-zdobywcy.

Obudziłem się rano w nieswoim domu. Będąc mocno nawianym nie rozróżniasz miejsc, w których się znajdujesz. Problem pojawia się rano, kiedy budzisz się w różowym pokoju z różową kołderką na różowym łóżeczku. Uwierzcie mi, dla faceta jest to szok nieporównywalny do niczego innego. Byłbym mniej zszokowany, nawet gdyby Arsenal wygrał Premier League. Nigdy nie zostaję w domach kobiet do rana. To złota zasada polowania. Do klubów wychodzimy po to, żeby poznać dziewczynę, która nie dostanie od Ciebie numeru telefonu, adresu ani kwiatów przy okazji romantycznej kolacji w restauracji. Bezduszne i podłe zachowanie bezdusznych i podłych wampirów, które po wyssaniu krwi lecą szukać kolejnej ofiary. Niby tak. Niby, bo dobrze wiemy, że one szukają tego samego. Bezdusznego, podłego wampira, który nie da im numeru telefonu, nie kupi kwiatów, nie zabierze na kolacje i nie powie gdzie mieszka. Głównie dlatego, że właśnie leczą się z uczucia do wampira z duszą, który im te kwiaty kupował.

O dziwo nie byłem jednak przerażony. Zobaczyłem tę małą, rozgadaną zołzę, która uwięziła mnie w tym swoim różowym królestwie rodem z My Little Pony, przyklejoną do mojego ramienia. Wyglądała jak mały miś koala kurczowo trzymający się drzewa eukaliptusowego. W nocy śniły mi się dziwne rzeczy. Koszmary. Zerwałem z imprezami, łatwymi kobietami, litrami piwa, wiecznym zmęczeniem po monotonnej pracy i nieposprzątanym mieszkaniem. KOSZMARY. Potem spojrzałem na tę niewinną, nie uwzględniając szalonej części nocy, w której w to drobne ciałko wstąpił niewyżyty, ale wciąż zmysłowy potwór, blondynkę przyklejoną do mnie jak miś koala. Pieprzony miś koala. Wcale nie miałem ochoty zrywać z imprezami, łatwymi kobietami, litrami piwa, wiecznym zmęczeniem po monotonnej pracy i nieposprzątanym mieszkaniem. Wcale. Ani trochę. Spojrzałem na nią. Uśmiechnąłem się i objąłem ją ostrożnie i delikatnie, uważając, żeby się nie obudziła. Może jednak trochę bym chciał. Ale tylko trochę. Troszeczkę… Otworzyła oczy i spojrzała na mnie, zaspana, bez makijażu. Chciałem ją przeprosić za wczesną pobudkę, ale zanim to zrobiłem dała mi buziaka i wtuliła się mocniej. Wtedy sobie uświadomiłem, że nie wcale nie była owieczką. Była kłusownikiem, który złapał wilka w sprytnie zastawioną pułapkę i teraz obedrze go ze skóry. Myśliwy stał się zwierzyną. Przejechałem ręką po linii jej biodra i uda. W sumie nie przeszkadzała mi ta zamiana ról.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s