Wszystko do nas wraca (?)


Niewiele jest rzeczy, które lubię, ale są dwie, które bardzo lubię i nie mógłbym z nich zrezygnować. Lubię siedzieć w barach i autobusach, słuchając rozmów innych ludzi. Sam raczej nie mam ochoty do tej rozmowy się włączać, ale gdy umiejętnie oddzielimy gorączkowe dyskusje dwóch sąsiadek o trzeciej sąsiadce, możemy wyłapać perełkę, dzięki której picie piwa/reszta podróży łączy się z filozoficznymi myślami na podchwycony temat. Ostatnio usłyszałem, że bez względu na to, w co wierzymy tak zwana karma zawsze jest przy nas. Jako że niedawno w odtwarzaczu przewinął mi się kawałek o podobnej tematyce (tradycyjnie, na końcu tekstu), zacząłem porównywać to ze swoim życiem co z kolei ewoluowało w kolejne oprocentowane bazgroły, które właśnie czytacie.

Z początku, w swoim zwyczaju, z dezaprobatą zanegowałem to stwierdzenie. Gówno prawda. Musicie wiedzieć, że jestem niezwykle szczęśliwym człowiekiem. Oczywiście nie w sensie psychicznym, czy nawet fizycznym — tam wygląda to nieco gorzej, ale liczba sytuacji, w których należał mi się solidny kopniak, co ja mówię, solidny łomot od losu jest ogromna. Tymczasem, ślizgając się pomiędzy kłodami często udawało mi się ratować skórę nawet z poważnych opresji. Robienie rzeczy skrajnie absurdalnych, bycie w wiecznej opozycji — to sprawiło, że mocno narażałem się na bolesny życiowy rewanż. Zazwyczaj jednak karta mi sprzyjała.

Karma omija mnie szerokim łukiem w większości przypadków, ale są sprawy, za które obrywam rykoszetem. Często jeżdżę pociągami. Około dwóch tygodni temu wsiadłem do wagonu i pojechałem bez biletu — konduktor najzwyczajniej w świecie mnie olał a z racji na ubogi stan środków w portfelu niespecjalnie chciało mi się przypominać mu o swojej osobie, mimo że z reguły pilnuję by każdy dostał należne mu pieniądze za pracę (dlatego kupuję, a nie wypożyczam książki a najlepsze płyty lądują na mojej półce). Pieniądze oczywiście przegrałem w zakładach przez pieprzony Manchester United. Mimo wszystko byłem zarobiony — aż do niedawna. Musiałem wrócić do domu innym pociągiem, który odjeżdżał akurat za chwilę. Z racji tego, że jak zwykle gnałem na niego na ostatnią chwilę w automacie z biletami kupiłem, z przyzwyczajenia, papierek na przejazd swoją „domyślną” trasą. To właśnie typowy rewanż, który dostaję od losu. Wiele osób chciałoby pewnie być na moim miejscu i mieć tylko tak błahe kłopoty, ale mnie to denerwuje. I to cholernie.

Nie mogę jednak narzekać. Nie dostałem porządnej nauczki w wielu przypadkach. Pamiętam, że gdy byłem bardzo młody, ale tylko trochę głupi trzykrotnie groziła mi sprawa w sądzie. Może nawet więcej razy, ale te trzy były naprawdę poważne, chociaż chodziło tylko (z mojego punktu widzenia „tylko”, z innego „aż”) o znieważenie. Nie mniej na pewno miałbym przez to ładny wpis w CV, który z pewnością pomógłby mi w karierze zawodowej. Za każdym razem szczęśliwie mi się upiekło i to bez większego wysiłku. Nie upiekło mi się natomiast, gdy zebrałem wpierdol. Cóż, nigdy nie byłem osiłkiem, ale zawsze byłem mocnym w gębie cwaniakiem — wiadomo, trzeba być fajnym. Zazwyczaj to wystarczało — raz nie wystarczyło. Nie znaczy to, że się opamiętałem. Po prostu dalej byłem niezważającym na słowa cwaniakiem — z lekko spuchniętą twarzą. Uroki młodości. Przykładów jest znacznie więcej. Miałem farta na imprezach, szczególnie jeśli chodzi o powroty. Kierowałem się zasadą „zawsze jakoś wrócę”. I tak zdarzyło mi się pomylić przystanek, po czym łagodnie zasnąć na ławeczce, czy rozciąć czoło o szynę torów kolejowych. Koniec końców lądowałem jednak w ciepłym i wygodnym łóżku.

Być może uznałbym siebie za urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą, gdyby nie kilka spraw, w których karma mnie nie oszczędzała. Było tak na przykład, jeśli chodzi o relacje damsko-męskie. Nieustanna sinusoida. Z reguły przejawia się to wtedy, kiedy obudzę w sobie ludzkie uczucia i odruchy (trzeba wiedzieć, że to naprawdę DUŻY wyjątek) – pojawia się chochlik, który mówi: ha, teraz zapłacisz za swoją naturę niewdzięcznego drania. No i bach, stacza się ten nieszczęsny kamień Syzyfa. Nie mam również szczęścia do zdrowia. Nie choruję od dobrych kilku (nastu?) lat, za to mam złotą kartę stałego klienta chirurga. Nie wiem, czy nieświadomie przyjąłem jakieś wyzwanie „doznaj złamania wszystkich możliwe części ciała”, ale jeśli tak to jestem blisko celu. Nic mi na to nie pomaga. Podobno mam zdrowe i mocne kości. Piję mleko, chociaż Piotrek Gruszka oszukał mnie w reklamach, bo wcale nie jestem wielki. Złamałem nawet zęba.

Nie sposób tego wytłumaczyć — i w sumie nie zamierzam tego robić. Możliwe, że karma nie działa jak wańka-wstańka i od lat zbiera mi się na solidne uderzenie (wierzę, że też usłyszeliście teraz lektora z Mortal Kombat mówiącego fatality). Możliwe, że z jakiegoś powodu zostałem objęty specjalnym programem ochrony i los oddaje mi tyle, ile wystarczy na pstryczka w nos, który ma mnie chociaż trochę opamiętać. Na wszelki wypadek nie będę się tym jednak przechwalał. Jeśli Stwórca w końcu trafi na mojego bloga może sobie przypomnieć o odebraniu swojej „należności”.

Dla preferujących inne klimaty, chociaż mimo wszystko i tak polecam to  górze, John Lennon.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wszystko do nas wraca (?)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s