Wspomnienia, przyjaźń i zatracone wartości


Nie będziecie pewnie zaskoczeni, jeśli powiem, że do pierwszego wpisu skłoniło mnie dzisiejsze święto. Zaduszki, dziady, wszystkich świętych — niezależnie od nazwy jest to okres, w którym wspomnienia, przemyślenia i migające nam przed oczami flesze z życia nasilają się i zmuszają do pewnego rodzaju refleksji. Nie inaczej było w moim przypadku…

Zwykle nie przejmuję się tym, że ludzie odchodzą. Mam na myśli opuszczenie kogoś, a nie odejście z tego świata. Dziś rano siedziałem w fotelu z herbatą i myślałem o wszystkich osobach, z którymi „rozeszły nam się drogi”. O tych, którzy odwracali się ode mnie i o tych, od których ja się odwróciłem. Doszedłem do być może niezbyt odkrywczego, ale zastanawiającego wniosku — w swoim życiu mamy wielu bliskich i ważnych znajomych. Osobiście obracam się w dość wąskim kręgu tak zwanych przyjaciół, choć nie zawsze tak było. Dobrze pamiętam, gdy trzymałem się z dość liczną grupą osób, spędzaliśmy razem praktycznie każdą wolną chwilę i do tej pory na wspomnienie o tamtym okresie zawsze się uśmiecham. Wtedy jeszcze nie zastanawiałem się ilu z nich faktycznie mógłbym nazwać przyjaciółmi, może byłem zbyt głupi, zbyt zaślepiony, albo po prostu niedojrzały, żeby o tym myśleć. W dzisiejszym świecie obserwujemy zjawisko zupełnego zatracania się wartości. Nie tylko słowa straciły na znaczeniu — zasady, idee, przekonania również odeszły w niebyt i niewiele osób je respektuje. Wśród facetów zawsze panowały pewne reguły, tak zwany „męski honor”, który blokował pewne zajścia. Zawsze, aż do dziś. Współczesna rzeczywistość mocno zezwierzęciła naszą cywilizację. Możecie twierdzić, że po prostu trafiłem na nieodpowiednie osoby na swojej drodze, ale myślę, że po chwili zastanowienia znajdziecie w swojej przeszłości, oby nie w teraźniejszości, podobne przypadki.

Mieliśmy tę swoją paczkę, zwaną w młodzieżowym slangu „ekipą”, z którą imprezowaliśmy, chodziliśmy do szkoły (ciężko było to nazwać nauką) i wydawało się nam (mi), że wszystko jest tak jak należy. Mówi się jednak, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie i jest to po części racja. Przysłowiową biedą można nazwać choćby zwykłą sytuację próby, czasami nieświadomie wysuwaną przez los. Próba związana z moją osobą pozwoliła mi zobaczyć, że jednak nie wszystko w tej grupie funkcjonowało poprawnie. Tamta sytuacja pozwoliła mi otworzyć oczy i zobaczyć wszystkie brudy tego świata, który sprowadził ludzi do roli konsumentów własnego życia. Nieustanna pogoń za lepszą jakością i własnymi celami potrafi przekształcić zwykłego, szarego homo sapiens w coś na kształt zawistnej maszyny niemającej żadnych przeszkód i zahamowań przed realizacją swoich pragnień, usprawiedliwiając się pojęciem ambicji, które mylnie zinterpretowali.

Nie ukrywam, że historia ta mocno wpłynęła na mnie i na moje obecne odczucia, o których wspomniałem w pierwszym akapicie tego tekstu. Od tamtej pory mam problemy z zaufaniem i przywiązaniem do ludzi. Czy uważam to za coś złego? Nie. Wręcz przeciwnie, myślę, że to bardzo pomogło mi w życiu. Umiejętność dostrzegania prawdy i fałszu, oddzielania ich od siebie, sprawiła, że dziś spędzam dni z mniejszą, ale pewniejszą grupą ludzi. Nie nazwę tego jednak przyjaźnią. To wypalone i wypaczone słowo, w które już nie wierzę. Dziś słowa to tylko wyrazy, w większości puste i bez znaczenia. Ludzie nadużywają ich przy każdej okazji, jeśli tylko mogą na tym skorzystać. Dlatego mówią kobietom na jedną noc, że je kochają, dlatego nazywają siebie przyjaciółmi, gdy widzą w tym jakiś profit. Oczywiście nikt nie poderwałby dziewczyny w barze tekstem typu: „jutro Cię zostawię, ale wcześniej chodźmy się bzykać”. Dobra, niektórzy daliby radę, ale niektórzy wygrywają też w totka — to zbliżona szansa powodzenia. Właśnie tutaj widać konsumpcjonizm. Chce mieć tę kobietę, więc rzucę kilka słów, które mi to ułatwią. Chcę, żeby ten gość mi w czymś pomógł, więc nazwę go przyjacielem. Kłamstwo i obłuda, wśród których od wielu lat się obracaliśmy sprawiły, że w końcu zatarliśmy granicę i wprowadziliśmy je do naszej rzeczywistości na stałe, jako coś, co należy tolerować z braku wyboru.

Nie lubię generalizowania, jednak w tym przypadku mówimy o zdecydowanej większości populacji. Na całe szczęście jest jeszcze jakaś mniejszość, która nie poddała się temu procesowi, dlatego słowo przyjaźń zastąpiłem słowem braterstwo. To dużo mocniejsze słowo, które oddaje wszystkie te zasady, które są dla mnie ważne. Lojalność, prawdziwa miłość, zaufanie. Nie mam przyjaciół, ale mam braci, siostry. Są to osoby, bez których nie wyobrażam sobie swojego życia. Takie, których odejście z tego grona sprawiłoby, żebym się przejął. Swoich braci traktuję jako kogoś wyjątkowego, niełatwo jest zasłużyć na takie miano. Ograniczone zaufanie, o którym mówiłem wcześniej nie dotyczy ich w żadnym stopniu, ale przecież jakoś musieli do tego dojść. Moi bracia nie są moimi jedynymi znajomymi. Mam osoby, którym mówię nieco więcej niż tylko zabawne historie o alkoholowych wybrykach, czy elaboraty na temat tego, co obserwuję wokół nas. Te osoby znają mnie trochę lepiej i czasami mówię im o rzeczach trudnych, można to nazwać — sekretach. Dlaczego nie nazywam ich braćmi i nie stawiam na równi z najważniejszymi? Cóż, najłatwiej wyjaśnić to na przykładzie gangu (szajki). Są w niej stare wygi i tak zwane „świeżaki”, początkujący, którzy są o szczebel niżej. Podobnie wygląda sytuacja w życiu. Kilka osób należy do grona „świeżaków”, niekoniecznie dlatego, że znamy się od niedawna, czasami po prostu dlatego, że łączą nas mniej zażyłe relacje z tych czy innych powodów. Być może kiedyś staniemy się dla siebie braćmi (ważne — to działa obustronnie), być może odejdą tak jak osoba, której wspomnienie przyczyniło się do tej notki. Przez pewien okres miałem ją nawet za „pełnoprawnego” członka najbardziej zaufanego kręgu, jednak zawsze było coś pomiędzy nami, co sprawiało, że ta więź nie była aż tak silna, jak z resztą. Wizja jej odejścia nie była aż tak przerażająca jak w pozostałych przypadkach. Myślę, że to właśnie dlatego nie przejąłem się, gdy to w końcu nastąpiło. Nie czuję żadnej pustki, żalu, ani smutku z tego powodu. Po prostu, tak jak zawsze, idę dalej. Życie nauczyło mnie, żeby mieć twardą — dupę i duszę. Dupę, żeby nie bolały buty przyjęte od losu, a duszę, żeby nie bolały te głębsze rany, zadane przez ludzi.

Tymczasem zostawiam wam ten pierwszy wpis i idę zapalić znicz tym, których odejściu nie mogłem zapobiec, a którym się przejąłem. Dla tych, którzy w smutny jesienny wieczór lubią słuchać smutnych kawałków zostawiam też tę przyjemną dla ucha balladę niejako powiązaną z dzisiejszym świętem i tą notką.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s